Wstęp, czyli o serialach i nie tylko
O From Dusk Till Dawn słyszałam już w zeszłym roku, ale jakoś nie miałam ochoty na tę serię. Pewnie nastąpił u mnie przesyt tematem. Wampir = zmęczenie materiału. Po średnio udanej minionej dekadzie i wyjątkowym roku 2012, który uraczył nas takimi produkcjami, jak Byzantium i Pocałunek potępionych (Kiss of the Damned) w kinie wampirycznym nastąpił, mogłoby się wydawać, kolejny kryzys. Na wyżyny gatunku wzbił się wprawdzie obraz Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją (Only Lovers Left Alive), traktuję go jednak jako wyjątek potwierdzający regułę. Kino spod znaku "w" ma się źle. Potrzebuje przerwy - aby ochłonąć, skrystalizować nowe pomysły, nabrać do siebie dystansu. Nie oszukujmy się, jest to kino zazwyczaj rozrywkowe, robione ku uciesze gawiedzi. Ambitniejsze produkcje zdarzają się rzadko i wyraźnie odstają od mainstreamu. Czego zresztą można spodziewać się od horroru? Odrobiny krwi, może seksu, dreszczyku emocji. Niczego poważnego. Obrazy, skłaniające się bardziej w kierunku dramatu psychologicznego, nie straszą. Te artystycznie wystylizowane trafiają na niełatwy grunt, budząc wśród krytyków i widzów mieszane emocje (przykładem jest choćby The Hunger Tony'ego Scotta z 1983 roku, znany w Polsce pod tytułem Zagadka nieśmiertelności). Udane produkcje z ostatnich, powiedzmy, trzydziestu lat, wybijające się ponad przeciętność, można wymienić na palcach obu rąk. Pewnie każdy ma tu własnych faworytów, ale ja, poza wymienionymi powyżej, zaliczam do tej grupy Pozwól mi wejść Tomasa Alfredsona (Låt den rätte komma in), Wywiad z wampirem Neila Jordana (Interview with the Vampire), Cień wampira E. E. Merhige'a (Shadow of the Vampire), Pragnienie Chan-wook Parka (Bakjwi), Od zmierzchu do świtu Rodrigueza (From Dusk Till Dawn) i, oczywiście, Drakulę Coppoli. I nic poza tym. Nosferatu wampir Wernera Herzoga uważam bardziej za osobliwą laurkę złożoną w hołdzie klasykowi Murnaua, aniżeli remake. Zresztą, nigdy nie doceniałam tego obrazu, uważając go za filmowe kuriozum. Brakuje mu autentyczności, bijącej z Symfonii grozy Murnaua.
Ale zapędziłam się zbyt daleko, w rejony o niemal stulecie odległe, zatem wracam do XXI wieku.
Rzecz jasna, pojawiło się więcej filmów wampirycznych, odbijających się od dna Zmierzchu. Tak, oto słowo, którego nie sposób uniknąć: Zmierzch. Kino tego gatunku zawsze już będzie dla mnie dzielić się na to sprzed Zmierzchu i po - posttwilight. Do lepszych obrazów pre czy posttwilightowych zaliczyć można Underworld, 30 dni mroku (30 Days of Night), Mroczne cienie (Dark Shadows) i Powrót trupa (The Revenant). Temat, jak widać, wciąż wałkowany i eksploatowany, a wydawać by się mogło, że jest jałowy i pusty niczym wydmuszka - wampir do cna przez popkulturę wyssany. Otóż nie. Inwencja twórcza nie ma granic, podobnie jak chęć zarobienia pieniędzy. To, co w kinie już by nie przeszło, zostało radośnie przyjęte przez inną muzę, jedenastą. I tak wampir stał się odkryciem stacji telewizyjnych.
O wartości telewizyjnych produkcji można by rzec wiele. Podobnie jak w kinie, zaistniały tu lepsze lub gorsze tytuły, napędzane machiną wielkich koncernów dotąd, dopóki dało się wycisnąć z nich trochę grosza. Powstały takie Pamiętniki wampirów (The Vampire Diaries), które stanowić miały ironiczną odpowiedź na Zmierzch. Młoda publika łyka bowiem wszystko, co przystojne i kąsa. Tym bardziej aktywna seksualnie młodzież, która dzięki takim landrynkowym produkcjom wierzy w sprzedawany im obraz, że szkoła średnia to wieczna impreza (nikt tam się przecież nigdy nie uczy), a bycie dziewicą to klątwa gorsza od ukąszenia wilkołaka (których też nie brakuje w serialach, podobnie jak wróżek, czarownic i innych gnomów). Ale młoda publika dorasta, jej również trzeba zapewnić stosowną rozrywkę. I tak Pamiętniki wampirów wydaliły The Originals, serię TV przeznaczoną dla starszego widza - ale nie za bardzo, powiedzmy, o trzy lata starszego. Zasada ta sama: wampiry kontra wilkołaki, magia czarownic, śmierć to wcale nie koniec, każdy chędoży się z kim popadnie - z sezonu na sezon trudno połapać się, kto z kim i dlaczego.
Z drugiej strony, znajdujemy serie takie jak Wirus (The Strain), Dom grozy (Penny Dreadful) i Od zmierzchu do świtu (From Dusk Till Dawn), które stanowią przeciwwagę dla epickiej wręcz, fabularnej głupoty Pamiętników wampirów, pączkujących od otumanionej hormonami młodzieży. Czystą krew (True Blood) świadomie pomijam, gdyż serial ten, mimo iż skierowany do dorosłych, poraża swym idiotyzmem i kiczem. To, co początkowo brałam w nim za pastisz, z czasem przyjęło oblicze męczącej parodii. Czysta krew jest zresztą znakomitym przykładem, jak stacja telewizyjna - w tym przypadku HBO - potrafi wydusić ze swego dziecka ostatniego centa. Wpierw okalecza go i upośledza, by następnie przedłużać dla oglądalności jego agonię.
![]() |
| Dracula, 2013 |
Przynajmniej tym razem stacja TV podjęła mądrą decyzję.
From Dusk Till Dawn
Na początku był film.
Nie jest to stwierdzenie zbyt oryginalne, bo przecież każdy kinoman wie, że taki film istnieje, nawet jeśli nie zalicza się do rzeszy fanów Rodrigueza i Tarantino. Ja się nie zaliczam i wiem. Szanuję obu twórców, ale nie rozpływam się nad nimi wśród ochów i achów. Mają oni lepsze i gorsze produkcje, wybitne i te całkiem poronione. Uwielbiam Sin City, Cztery pokoje i Pulp Fiction. Od zmierzchu do świtu jest natomiast obrazem, wobec którego moje odczucia zawsze były dość ambiwalentne. Nie zrozumcie mnie źle, film uważam bowiem za świetny - ale do połowy. Kto oglądał, ten wie, o co mi chodzi. W tym wypadku zdecydowanie bardziej kibicuję zakręconej sensacji w rodzaju Pulp Fiction niż meksykańskiej jatce w Titty Twister.
Wiadomość, że na motywach filmu Roberta Rodrigueza powstanie serial, przyjęłam z pewnym zażenowaniem. Początkowo myślałam, że to typowy chwyt marketingowy, aby odcinać kupony od kasowego hitu lat 90. Myliłam się. Jak się miało okazać, serial Od zmierzchu do świtu to odrębny byt, który w znakomity sposób rozwija fabułę filmu i wyprowadza ją na szerokie wody. Widz nie uniknie, oczywiście, porównań serii TV z jej kinowym pierwowzorem, muszę jednak zaznaczyć, że powinien podejść do tej produkcji bez uprzedzeń, ze świeżym spojrzeniem. Film oglądałam wprawdzie dość dawno temu, ale kilkukrotnie, stąd wiele scen utknęło mi w głowie. Wyłapywałam je później podczas serialu, doszukując się różnic, podobieństw, z coraz większą przyjemnością odkrywając, że to, co początkowo było niemal kalką obrazu pełnometrażowego, wraz z kolejnymi odcinkami nabiera własnego charakteru.
Ciekawym zabiegiem zastosowanym w serialu okazało się coś, co w filmach już nikogo nie zaskakuje: akcja całego dziesięcioodcinkowego sezonu faktycznie dzieje w ciągu jednego dnia - i nocy. Może nie od zmierzchu, ale z pewnością do świtu. Mimo to fabuła nie dłuży się, leci wręcz na łeb na szyję, a chwilowe przystanki zatrzymują nas zwykle przy okazji retrospekcji, przeplatających się z czasem teraźniejszym. Dzięki przywołaniu wcześniejszych wydarzeń bohaterowie nie tyle zyskali na głębi psychologicznej, co zaistnieli na więcej - jak strażnik Teksasu Earl McGraw (którego zagrał Don Johnson) czy matka rodzeństwa Fullerów (w filmie nie pojawiła się wcale). Wiadomo, seria TV trwa o wiele dłużej, rozbudowano zatem znane z filmu wątki, dodano nowe, niektóre zaś zmieniono w sposób istotny dla fabuły. Wprowadzono nowe postacie, jak Carlos Madrigal i strażnik Freddie Gonzalez. Bracia Gecko w niczym natomiast nie ustępują swym filmowym pierwowzorom, gdzie w rolę Setha wcielił się George Clooney, a w Richiego Quentin Tarantino. D.J. Cotrona, który odtwarza w serialu Setha, z wyglądu przypomina nawet młodszą wersję Clooneya, nie ma natomiast jego charyzmy. Z kolei Zane Holtz, czyli serialowy Richie, wybija się w swej roli wysoko ponad Tarantino, który, prawdę mówiąc, w pełnym metrażu trochę mnie irytował. Tam duet braci Gecko nadrabiał Seth-Clooney, tutaj zaś jest na odwrót: to Richie-Holtz wiedzie prym. W jego wykonaniu (i za sprawą scenarzystów, nie wątpię) postać Richiego z psychopaty i seksualnego maniaka ewoluowała w bardziej dwuznacznym kierunku. Richie jest zabawny, inteligentny i przystojny, a że czasem ma odloty... Ten rodzaj bohatera nazywam "sympatycznym psycho". Coś w tym jest. Nieuchwytne "coś", co sprawia, że zaczynam sympatyzować z tą postacią, ze zdrowo walniętym Richiem, a nie Sethem, jak było wcześniej, i kibicuję mu do samego końca.
Najwięcej zyskała Santanico Pandemonium, która z krótkiego, acz zapadającego w pamięć, występu w barze przeskoczyła do pełnoetatowej roli. Eiza Gonzalez kompletnie odbiega od Salmy Hayek, tak samo pod względem urody jak i miejsca w produkcji. Santanico w jej wydaniu jest osobą z krwi i kości, nie tylko ładną buzią w wampirzej jatce, postacią zbudowaną od podstaw, z własną historią i motywami. Odgrywa jedną z kluczowych ról w serialu. Wokół całej społeczności wampirów została zresztą skonstruowana misterna mitologia, ściśle związana z wierzeniami Azteków i Majów oraz kultem węża. Zawsze to jakiś powiew świeżości. Wampiry mają tu więcej wspólnego z gadami niż nietoperzami, do czego przyzwyczaił nas europejski folklor. Mogą zmieniać kształty, przeistaczać się w swą ofiarę, wyglądać jak ludzie lub przybierać swą prawdziwą, wężową formę. Mają swych panów i bogów, a społeczność ich żyje w ściśle określonej hierarchii. Coś czuję, że w ich temacie wiele rzeczy nie zostało powiedzianych do końca, a twórcy serialu szykują dla widzów w drugim sezonie niejedną niespodziankę.
Mimo wielu bezsprzecznych zalet w produkcji telewizyjnej daje się zauważyć pewien spadek poziomu. Robert Rodriguez nie jest tym razem reżyserem (przynajmniej nie całości), jego wkład w serial pozostał jednak istotny: jako twórcy, współautora scenariusza i producenta. Tarantino nie maczał jednak palców w scenariuszu i to czuć, niestety. Dialogi pozbawione są owego charakterystycznego dla mistrza jaja, ogólnie jest bardziej grzecznie i poprawnie. Serial obfituje wprawdzie w sceny gore, ale przekleństw w nim nie uświadczysz. Brakuje pamiętnej z filmu pussy-reklamy Titty Twister, nie ma zboczonych halunów Richiego na temat panny Fuller i soczystych tekstów. Brakuje czarnego humoru, który w filmie trzymał widza przez większość czasu z bananem na twarzy. Jakiś tam dowcip, oczywiście, jest, ale nie tak wyrazisty jak w oryginale. I, jeśli mam już po polsku narzekać, tribal Setha-Clooneya był o niebo lepszy aniżeli ten marny bazgroł zaprezentowany w serialu. Dobrze natomiast, że czyjeś relacje nabrały rumieńców, nie chcę jednak za dużo zdradzać z fabuły.
Podsumowując, bardziej zachęcam niż zniechęcam. Jeśli zaś spodziewacie się kopii Od zmierzchu do świtu z lat 90., ostrzegam: nie tędy droga. Serial ten powstał z pełnym błogosławieństwem Roberta Rodrigueza i zgodnie z jego nową wizją starej historii, nie będzie więc powtórki z rozrywki. Akcja rządzi się tu innymi prawami, a opowieść płynie własnym tempem.
Premiera drugiego sezonu planowana jest na 25 sierpnia.
Moja ocena: 7/10
Od zmierzchu do świtu (From Dusk Till Dawn)
serial TV
produkcja: USA, 2014-2015
twórca: Robert Rodriguez
sezony: 2
obsada: D.J. Cotrona, Zane Holtz, Robert Patrick, Jesse Garcia, Eiza Gonzalez, Brandon Soo Hoo, Madison Davenport, Don Johnson, Wilmer Valderrama, Jake Busey















