Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampiry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampiry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2015

From Dusk Till Dawn: Serial

 

Wstęp, czyli o serialach i nie tylko


O From Dusk Till Dawn słyszałam już w zeszłym roku, ale jakoś nie miałam ochoty na tę serię. Pewnie nastąpił u mnie przesyt tematem. Wampir = zmęczenie materiału. Po średnio udanej minionej dekadzie i wyjątkowym roku 2012, który uraczył nas takimi produkcjami, jak Byzantium i Pocałunek potępionych (Kiss of the Damned) w kinie wampirycznym nastąpił, mogłoby się wydawać, kolejny kryzys. Na wyżyny gatunku wzbił się wprawdzie obraz Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją (Only Lovers Left Alive), traktuję go jednak jako wyjątek potwierdzający regułę. Kino spod znaku "w" ma się źle. Potrzebuje przerwy - aby ochłonąć, skrystalizować nowe pomysły, nabrać do siebie dystansu. Nie oszukujmy się, jest to kino zazwyczaj rozrywkowe, robione ku uciesze gawiedzi. Ambitniejsze produkcje zdarzają się rzadko i wyraźnie odstają od mainstreamu. Czego zresztą można spodziewać się od horroru? Odrobiny krwi, może seksu, dreszczyku emocji. Niczego poważnego. Obrazy, skłaniające się bardziej w kierunku dramatu psychologicznego, nie straszą. Te artystycznie wystylizowane trafiają na niełatwy grunt, budząc wśród krytyków i widzów mieszane emocje (przykładem jest choćby The Hunger Tony'ego Scotta z 1983 roku, znany w Polsce pod tytułem Zagadka nieśmiertelności). Udane produkcje z ostatnich, powiedzmy, trzydziestu lat, wybijające się ponad przeciętność, można wymienić na palcach obu rąk. Pewnie każdy ma tu własnych faworytów, ale ja, poza wymienionymi powyżej, zaliczam do tej grupy Pozwól mi wejść Tomasa Alfredsona (Låt den rätte komma in), Wywiad z wampirem Neila Jordana (Interview with the Vampire), Cień wampira E. E. Merhige'a (Shadow of the Vampire), Pragnienie Chan-wook Parka (Bakjwi), Od zmierzchu do świtu Rodrigueza (From Dusk Till Dawn) i, oczywiście, Drakulę Coppoli. I nic poza tym. Nosferatu wampir Wernera Herzoga uważam bardziej za osobliwą laurkę złożoną w hołdzie klasykowi Murnaua, aniżeli remake. Zresztą, nigdy nie doceniałam tego obrazu, uważając go za filmowe kuriozum. Brakuje mu autentyczności, bijącej z Symfonii grozy Murnaua.

Ale zapędziłam się zbyt daleko, w rejony o niemal stulecie odległe, zatem wracam do XXI wieku.

Rzecz jasna, pojawiło się więcej filmów wampirycznych, odbijających się od dna Zmierzchu. Tak, oto słowo, którego nie sposób uniknąć: Zmierzch. Kino tego gatunku zawsze już będzie dla mnie dzielić się na to sprzed Zmierzchu i po - posttwilight. Do lepszych obrazów pre czy posttwilightowych zaliczyć można Underworld, 30 dni mroku (30 Days of Night), Mroczne cienie (Dark Shadows) i Powrót trupa (The Revenant). Temat, jak widać, wciąż wałkowany i eksploatowany, a wydawać by się mogło, że jest jałowy i pusty niczym wydmuszka - wampir do cna przez popkulturę wyssany. Otóż nie. Inwencja twórcza nie ma granic, podobnie jak chęć zarobienia pieniędzy. To, co w kinie już by nie przeszło, zostało radośnie przyjęte przez inną muzę, jedenastą. I tak wampir stał się odkryciem stacji telewizyjnych.

O wartości telewizyjnych produkcji można by rzec wiele. Podobnie jak w kinie, zaistniały tu lepsze lub gorsze tytuły, napędzane machiną wielkich koncernów dotąd, dopóki dało się wycisnąć z nich trochę grosza. Powstały takie Pamiętniki wampirów (The Vampire Diaries), które stanowić miały ironiczną odpowiedź na Zmierzch. Młoda publika łyka bowiem wszystko, co przystojne i kąsa. Tym bardziej aktywna seksualnie młodzież, która dzięki takim landrynkowym produkcjom wierzy w sprzedawany im obraz, że szkoła średnia to wieczna impreza (nikt tam się przecież nigdy nie uczy), a bycie dziewicą to klątwa gorsza od ukąszenia wilkołaka (których też nie brakuje w serialach, podobnie jak wróżek, czarownic i innych gnomów). Ale młoda publika dorasta, jej również trzeba zapewnić stosowną rozrywkę. I tak Pamiętniki wampirów wydaliły The Originals, serię TV przeznaczoną dla starszego widza - ale nie za bardzo, powiedzmy, o trzy lata starszego. Zasada ta sama: wampiry kontra wilkołaki, magia czarownic, śmierć to wcale nie koniec, każdy chędoży się z kim popadnie - z sezonu na sezon trudno połapać się, kto z kim i dlaczego. 

Z drugiej strony, znajdujemy serie takie jak Wirus (The Strain), Dom grozy (Penny Dreadful) i Od zmierzchu do świtu (From Dusk Till Dawn), które stanowią przeciwwagę dla epickiej wręcz, fabularnej głupoty Pamiętników wampirów, pączkujących od otumanionej hormonami młodzieży. Czystą krew (True Blood) świadomie pomijam, gdyż serial ten, mimo iż skierowany do dorosłych, poraża swym idiotyzmem i kiczem. To, co początkowo brałam w nim za pastisz, z czasem przyjęło oblicze męczącej parodii. Czysta krew jest zresztą znakomitym przykładem, jak stacja telewizyjna - w tym przypadku HBO - potrafi wydusić ze swego dziecka ostatniego centa. Wpierw okalecza go i upośledza, by następnie przedłużać dla oglądalności jego agonię. 

Dracula, 2013
Istnieje, oczywiście, cały szereg marnych produkcji, o których nie ma sensu się rozpisywać. Warto może wspomnieć o jednej - ostatniej odsłonie Draculi, równie nieudolnej co ubiegłoroczny film Dracula Untold. Serial telewizyjny Dracula, bo o nim tu mowa, miał podobno zrewolucjonizować postać starego Vlada, odkurzyć mości hrabiego, nadać mu rumieńców, krwi i polotu. I amerykańskiego akcentu. Wiele sobie po nim na różnych forach obiecywano. Wiadomo jednak, że im większe oczekiwania, tym większe rozczarowanie. Tak było również i tym razem. Trudno mi pojąć, jak można było zepsuć historię z takim potencjałem, ale stało się. Widzowie nie przełknęli tym razem gorzkiej pigułki, którą NBC próbowało im sprzedać w lukrowej polewie, serial miał bowiem słabą oglądalność i jego kontynuacja została anulowana. 
Przynajmniej tym razem stacja TV podjęła mądrą decyzję.

From Dusk Till Dawn


Na początku był film. 
Nie jest to stwierdzenie zbyt oryginalne, bo przecież każdy kinoman wie, że taki film istnieje, nawet jeśli nie zalicza się do rzeszy fanów Rodrigueza i Tarantino. Ja się nie zaliczam i wiem. Szanuję obu twórców, ale nie rozpływam się nad nimi wśród ochów i achów. Mają oni lepsze i gorsze produkcje, wybitne i te całkiem poronione. Uwielbiam Sin City, Cztery pokoje i Pulp Fiction. Od zmierzchu do świtu jest natomiast obrazem, wobec którego moje odczucia zawsze były dość ambiwalentne. Nie zrozumcie mnie źle, film uważam bowiem za świetny - ale do połowy. Kto oglądał, ten wie, o co mi chodzi. W tym wypadku zdecydowanie bardziej kibicuję zakręconej sensacji w rodzaju Pulp Fiction niż meksykańskiej jatce w Titty Twister.

Wiadomość, że na motywach filmu Roberta Rodrigueza powstanie serial, przyjęłam z pewnym zażenowaniem. Początkowo myślałam, że to typowy chwyt marketingowy, aby odcinać kupony od kasowego hitu lat 90. Myliłam się. Jak się miało okazać, serial Od zmierzchu do świtu to odrębny byt, który w znakomity sposób rozwija fabułę filmu i wyprowadza ją na szerokie wody. Widz nie uniknie, oczywiście, porównań serii TV z jej kinowym pierwowzorem, muszę jednak zaznaczyć, że powinien podejść do tej produkcji bez uprzedzeń, ze świeżym spojrzeniem. Film oglądałam wprawdzie dość dawno temu, ale kilkukrotnie, stąd wiele scen utknęło mi w głowie. Wyłapywałam je później podczas serialu, doszukując się różnic, podobieństw, z coraz większą przyjemnością odkrywając, że to, co początkowo było niemal kalką obrazu pełnometrażowego, wraz z kolejnymi odcinkami nabiera własnego charakteru. 

Ciekawym zabiegiem zastosowanym w serialu okazało się coś, co w filmach już nikogo nie zaskakuje: akcja całego dziesięcioodcinkowego sezonu faktycznie dzieje w ciągu jednego dnia - i nocy. Może nie od zmierzchu, ale z pewnością do świtu. Mimo to fabuła nie dłuży się, leci wręcz na łeb na szyję, a chwilowe przystanki zatrzymują nas zwykle przy okazji retrospekcji, przeplatających się z czasem teraźniejszym. Dzięki przywołaniu wcześniejszych wydarzeń bohaterowie nie tyle zyskali na głębi psychologicznej, co zaistnieli na więcej - jak strażnik Teksasu Earl McGraw (którego zagrał Don Johnson) czy matka rodzeństwa Fullerów (w filmie nie pojawiła się wcale). Wiadomo, seria TV trwa o wiele dłużej, rozbudowano zatem znane z filmu wątki, dodano nowe, niektóre zaś zmieniono w sposób istotny dla fabuły. Wprowadzono nowe postacie, jak Carlos Madrigal i strażnik Freddie Gonzalez. Bracia Gecko w niczym natomiast nie ustępują swym filmowym pierwowzorom, gdzie w rolę Setha wcielił się George Clooney, a w Richiego Quentin Tarantino. D.J. Cotrona, który odtwarza w serialu Setha, z wyglądu przypomina nawet młodszą wersję Clooneya, nie ma natomiast jego charyzmy. Z kolei Zane Holtz, czyli serialowy Richie, wybija się w swej roli wysoko ponad Tarantino, który, prawdę mówiąc, w pełnym metrażu trochę mnie irytował. Tam duet braci Gecko nadrabiał Seth-Clooney, tutaj zaś jest na odwrót: to Richie-Holtz wiedzie prym. W jego wykonaniu (i za sprawą scenarzystów, nie wątpię) postać Richiego z psychopaty i seksualnego maniaka ewoluowała w bardziej dwuznacznym kierunku. Richie jest zabawny, inteligentny i przystojny, a że czasem ma odloty... Ten rodzaj bohatera nazywam "sympatycznym psycho". Coś w tym jest. Nieuchwytne "coś", co sprawia, że zaczynam sympatyzować z tą postacią, ze zdrowo walniętym Richiem, a nie Sethem, jak było wcześniej, i kibicuję mu do samego końca.

Najwięcej zyskała Santanico Pandemonium, która z krótkiego, acz zapadającego w pamięć, występu w barze przeskoczyła do pełnoetatowej roli. Eiza Gonzalez kompletnie odbiega od Salmy Hayek, tak samo pod względem urody jak i miejsca w produkcji. Santanico w jej wydaniu jest osobą z krwi i kości, nie tylko ładną buzią w wampirzej jatce, postacią zbudowaną od podstaw, z własną historią i motywami. Odgrywa jedną z kluczowych ról w serialu. Wokół całej społeczności wampirów została zresztą skonstruowana misterna mitologia, ściśle związana z wierzeniami Azteków i Majów oraz kultem węża. Zawsze to jakiś powiew świeżości. Wampiry mają tu więcej wspólnego z gadami niż nietoperzami, do czego przyzwyczaił nas europejski folklor. Mogą zmieniać kształty, przeistaczać się w swą ofiarę, wyglądać jak ludzie lub przybierać swą prawdziwą, wężową formę. Mają swych panów i bogów, a społeczność ich żyje w ściśle określonej hierarchii. Coś czuję, że w ich temacie wiele rzeczy nie zostało powiedzianych do końca, a twórcy serialu szykują dla widzów w drugim sezonie niejedną niespodziankę.

Mimo wielu bezsprzecznych zalet w produkcji telewizyjnej daje się zauważyć pewien spadek poziomu. Robert Rodriguez nie jest tym razem reżyserem (przynajmniej nie całości), jego wkład w serial pozostał jednak istotny: jako twórcy, współautora scenariusza i producenta. Tarantino nie maczał jednak palców w scenariuszu i to czuć, niestety. Dialogi pozbawione są owego charakterystycznego dla mistrza jaja, ogólnie jest bardziej grzecznie i poprawnie. Serial obfituje wprawdzie w sceny gore, ale przekleństw w nim nie uświadczysz. Brakuje pamiętnej z filmu pussy-reklamy Titty Twister, nie ma zboczonych halunów Richiego na temat panny Fuller i soczystych tekstów. Brakuje czarnego humoru, który w filmie trzymał widza przez większość czasu z bananem na twarzy. Jakiś tam dowcip, oczywiście, jest, ale nie tak wyrazisty jak w oryginale. I, jeśli mam już po polsku narzekać, tribal Setha-Clooneya był o niebo lepszy aniżeli ten marny bazgroł zaprezentowany w serialu. Dobrze natomiast, że czyjeś relacje nabrały rumieńców, nie chcę jednak za dużo zdradzać z fabuły. 

Podsumowując, bardziej zachęcam niż zniechęcam. Jeśli zaś spodziewacie się kopii Od zmierzchu do świtu z lat 90., ostrzegam: nie tędy droga. Serial ten powstał z pełnym błogosławieństwem Roberta Rodrigueza i zgodnie z jego nową wizją starej historii, nie będzie więc powtórki z rozrywki. Akcja rządzi się tu innymi prawami, a opowieść płynie własnym tempem. 

Premiera drugiego sezonu planowana jest na 25 sierpnia.
 
Moja ocena: 7/10











Od zmierzchu do świtu (From Dusk Till Dawn)
serial TV
produkcja: USA, 2014-2015  
twórca: Robert Rodriguez
sezony: 2 
obsada: D.J. Cotrona, Zane Holtz, Robert Patrick, Jesse Garcia, Eiza Gonzalez, Brandon Soo Hoo, Madison Davenport, Don Johnson, Wilmer Valderrama, Jake Busey



poniedziałek, 2 lutego 2015

You Are My Vampire

Właściwie słów kilka o tej koreańskiej produkcji, nie sądzę bowiem, abym mogła napisać o niej cokolwiek kreatywnego... Cóż, przyznaję bez bicia, że obejrzałam ją wczorajszej nocy, dokonując niemożliwego: bez lektora, bez napisów (angielskich, pl), a w oryginale. Koreańskiego, oczywiście, nie znam nawet w ułamku procenta. Obejrzałam, bo się uparłam, a co. Film jest dostępny w sieci od kilku miesięcy, a jak na razie nie zanosi się na jakiekolwiek tłumaczenie - ani fanowskie, ani angielskie (o polskim można zapomnieć na najbliższe lata). Nie zrozumiałam wprawdzie ani słowa, ale i tak było warto. 

A oto zalążek fabuły: 

Gyoo-jeong jest 29-letnią początkującą pisarką, pracującą dorywczo w sklepie należącym do jej matki. Nie jest samodzielna finansowo i wciąż musi prosić rodziców o pieniądze. W jej życiu osobistym również nie układa się najlepiej. Mimo licznych niepowodzeń, Gyoo-jeong postanawia napisać powieść o wampirze, która ma być jej ostatnią szansą na sukces w twórczości literackiej.
W okolicy pojawia się tymczasem dziwny człowiek o imieniu Nam-geol, który wynajmuje pokój u ojca dziewczyny. Składa on u Gyoo-jeong nietypowe zamówienie: wszystkie potrawy, które będzie odtąd nabywał u niej w sklepie nie mogą zawierać czosnku. Rodzi to w Gyoo-jeong przekonanie, iż jest on wampirem...

You are my Vampire to lekka komedia o zdecydowanie romansowym zabarwieniu, trochę przegadana, może i więc pełna błyskotliwych dialogów - tego nie wiem. Podejrzewam, że jednak tak, nie ma w niej bowiem humoru sytuacyjnego, a komediowość produkcji musi się przecież na czymś opierać. Film jest również całkowicie pozbawiony atrybutów horroru. Przez większość fabuły Gyoo-jeong zmaga się z codziennością i fantazjuje na temat wampiryzmu swego tajemniczego klienta. Właściwie do końca nie wiadomo, kim tak naprawdę jest Nam-geol, blady dziwak, zawsze ubrany w malowniczą czerń. Początkowo niechętnie nastawiony wobec impertynenckiej i wścibskiej Gyoo-jeong, z czasem zbliża się do niej i... nietrudno domyślić się zakończenia. 

Z niecierpliwością czekam na napisy :)


YOU ARE MY VAMPIRE
Tytuł oryginalny: Geu-daen na-eui baem-pa-i-eo / Geudaen Naui Baempaieo
Produkcja: Korea Południowa, 2014
Reżyseria: Won-hoi Lee
Obsada: Yoon-Young Choi, Jeong-sik Park, Jae-yoon Lee, Hie-kyung Moon 



wtorek, 29 lipca 2014

Moon Child

Sztuka kiczu

Film może nie obejrzany przypadkiem, lecz bardziej na siłę, przy kilku podejściach. Szukając w sieci czegoś traktującego o wampirach i koniecznie japońskiego, trafiłam na tego oto potworka azjatyckiej kinematografii. O potwornym obliczu tego obrazu dowiedziałam się, niestety, dopiero później. Skuszona skrajnymi opiniami, w których zachwyt mieszał się z mułem, i wysokimi notami na rodzimym Filmwebie i IMDb sięgnęłam po tę produkcję pełna zapału i pozytywnej energii, licząc na coś oryginalnego w odgrzewanym kotlecie. I oryginał otrzymałam. Film ten niczym mityczny wampir wyssał ze mnie w trakcie seansu całą witalność, pozostawiając po sobie niesmak, irytację i uczucie zażenowania. Czego ja właściwie byłam świadkiem??

Nie będę tu wnikać w fabułę, bo nie warto, powiem jednak otwarcie: dawno nie widziałam tak źle zagranego filmu. Nawet nie źle - fatalnie. Określenie "drewniane aktorstwo" to przy nim komplement. Główne role odegrali tu Gackt i Hyde, ikony j-rocka, o których istnieniu wcześniej nie miałam bladego pojęcia. O tym, że w Moon Child występują jacyś idole japońskiej sceny muzycznej dowiedziałam się dopiero po obejrzeniu filmu, więc absolutnie nie tym się kierowałam przy jego wyborze. Gackt i Hyde to panowie, dodam, o dość specyficznej aparycji, zgodnej z japońskimi kanonami męskiej urody, trudno więc dziwić się ich olbrzymiej popularności wśród nastolatek zachłyśniętych wszystkim, co zrodzone w Japonii. Tego typu mężczyzn nazywam po prostu bishōnenami i chyba w tym punkcie wielu ze mną się zgodzi. Owe nastolatki należy pewnie obarczyć główną winą za fakt, iż oceny Hyde'a i Gackta wynoszą na Filmwebie około 9/10. Nic do nich osobiście nie mam, może są świetnymi muzykami i mają cholernie dobry wokal i image, wiem natomiast jedno - aktorami są wyjątkowo marnymi.

Słabość tego obrazu wynika jednak nie tylko z aktorstwa, ale i z pozostałych elementów, składających się na całokształt. Miałkość i schematyczność scenariusza, fatalny sposób realizacji, sceny akcji - głównie strzelaniny - poprowadzone są tak, jakby odgrywały je dzieci z plastikowych pistoletów. Nie ma w nich nic autentycznego i budzą uśmiech politowania. Te pozy, te gesty, sposób trzymania broni - podpatrzone w kinie gangsterskim klasy C. Tanie, żałosne efekciarstwo na granicy absurdu. Jak twierdzą niektórzy, film jest momentami zabawny i ma niesamowity klimat. Mnie nic w nim nie śmieszyło, raczej jest nad czym zapłakać. Co zaś do owego klimatu - nie czuję go. Owszem, są tacy, którzy dostrzegają piękno i głębię w kałuży, i niech im będzie. Ja nad tą plamą mostów bym jednak nie stawiała.

Przeglądając w Internecie opinie na temat Moon Child, można się spotkać z kilkoma powtarzającymi się określeniami: kicz, tandeta, sztuczny, smutny, beznadziejny, wspaniały, nudny, senny, arcydzieło. Cóż, jak widać, zdania są podzielone. Pod niektórymi z nich i ja się podpiszę. Posiadając jednak inteligencję i mózg, po prostu nie wierzę, że wszystkie te zawyżone oceny są oderwane od postaci dwóch głównych bohaterów, a raczej tego, kim są oni prywatnie.

Hyde i Gackt
Najlepsze stwierdzenie, z jakim się spotkałam odnośnie tego filmu jest takie, że "mimo tego całego kiczu, ten film to arcydzieło". Niezwykle frapujące. Więc może warto po niego sięgnąć, by samemu wyrobić sobie o nim określone zdanie?

Pomimo całej tej eksplozji tandety i gloryfikacji beztalencia postanowiłam dać Gacktowi jeszcze jedną szansę i na dniach planuję obejrzeć Bunraku z jego udziałem. Muszę mieć w sobie jednak coś z masochistki.

MOON CHILD 
Produkcja: Japonia, 2003
Reżyseria: Takahisa Zeze
Scenariusz: Takahisa Zeze, Gackt, Kishu Izuchi 
Obsada: Hyde, Gackt, Ryo Ishibashi, Anne Suzuki, Leehom Wang








poniedziałek, 28 lipca 2014

Chan-wook Park: Pragnienie

Groteska i wampir


Film, który już pewnie większość z Was widziała, jedna z najciekawszych i najoryginalniejszych produkcji wampirycznych ostatnich lat. To również jeden z nielicznych filmów azjatyckich poruszających tematykę wampirów, jakie miałam okazję zobaczyć - a już na pewno spośród nich najlepszy. Nie bez znaczenia jest dla mnie fakt, że odpowiada za niego najsłynniejszy koreański reżyser Chan-wook Park, którego dzieła wysoko cenię i polecam wszystkim zmęczonym popkulturową papką Zachodu (czyt. USA). Są to filmy nie tylko mistrzowsko zrealizowane, ale też na swój sposób świeże i oryginalne. U Parka szczególnie pociągają mnie ciemne, nasycone barwy, tworzące bogate, wręcz barokowe scenerie i wnętrza. U niego każde ujęcie to osobne dzieło sztuki. Sposób prowadzenia kamery, muzyka, gra światła i cienia - wszystko to składa się na perfekcyjnie dopracowany obraz, który oszałamia, mami nas formą i stylem. Dosłownie: Park hipnotyzuje obrazem. Od strony wizualnej Bakjwi to prawie majstersztyk. Piszę "prawie", Park bowiem osiągnął prawdziwe apogeum swych możliwości dopiero w późniejszym filmie Stoker (mam tu na myśli wizualny, plastyczny wymiar). Z innych jego dzieł mogę polecić najbardziej znaną Trylogię Zemsty, na którą składają się Pan Zemsta, Oldboy i Pani Zemsta. Są to z pewnością obrazy warte obejrzenia, dalekie od kina wampirycznego, przez dojrzałego widza uznanego zwykle za niepoważne i niewarte uwagi. Cóż, widz ten na ogół nie myli się - tak jest, aczkolwiek nie zawsze, a Bakjwi jest tego najlepszym przykładem.
Wracając do filmu - Krzysztof Gonerski w swojej książce Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy tak oto przedstawia tę koreańską produkcję: 

Obraz twórcy Oldboya jest rewelacyjnie sfilmowany, a historia, którą opowiada, daleka od banału i utartych schematów. Rozczarowani będą jednak ci, którzy oczekują po tym filmie rasowego horroru. Ten został zepchnięty na drugi plan przez historię tragicznego miłosnego trójkąta, w której możemy dostrzec podobieństwa do głośnej francuskiej powieści "Teresa Raquin" (1867) Emila Zoli. Przypomnijmy, że w dziele francuskiego pisarza tytułowa bohaterka wspólnie ze swym kochankiem Laurentem zabijają chorowitego męża Teresy - Kamila, pozorując jego śmierć. Po tym zdarzeniu, mimo iż nikt nie stoi na przeszkodzie ich miłości, nie potrafią jednak zaznać szczęścia, dręczeni przez wyrzuty sumienia i senne koszmary. [...]
Jak na horror, a raczej dramat, wampiryczny obraz Parka jest propozycją absolutnie zaskakującą. Jego głównym tematem jest bowiem konflikt - konflikt między katolicką religią, nakazującą cielesną czystość, a nieodpartymi pragnieniami ciała, konflikt między sumieniem a pierwotnymi instynktami i wreszcie konflikt między moralnością a osobistym szczęściem. Tego rodzaju problematyka nie zdarza się w skonwencjonalizowanym horrorze o wampirach, chyba żeby ograniczyć horror do drugorzędnego dodatku. Trochę szkoda, ale być może inaczej Thirst nie byłby tak niezwykłym filmem.
źródło: Krzysztof Gonerski Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy, 
Wydawnictwo Kwiaty Orientu 2010, s. 245-246

Szerszą recenzję Gonerskiego możecie znaleźć w jego blogu poświęconym horrorowi azjatyckiemu Strach ma skośne oczy. Gonerski podkreśla w niej to, na co zwróciłam uwagę i ja, a mianowicie że Bakjwi jest filmem groteskowym, łączącym w sobie tragedię i komizm, love story i horror, absurd i dramat rodzinny, brzydotę z pięknem. Bakjwi posiada wszelkie atrybuty groteski i to jest też najczęściej temu filmowi zarzucane - że zawarty w nim komizm nie pasuje do reszty. Z tym akurat nie mogę się zgodzić. Lubię groteskę i ten rodzaj estetyki mocno do mnie przemawia. Jeśli ktoś odrzuca ten film, ponieważ spodziewał się rasowego horroru lub dramatu z elementami grozy, a otrzymał dziwny gatunkowo melanż, po prostu nie gustuje w tego typu stylistyce. I tyle. Bo zarzucić obrazowi Parka groteskę jest równorzędne z narzekaniem na komedię, bo jest zabawna. 

Park porusza w swym filmie dylematy moralne bliskie religii chrześcijańskiej: czystości i zdrady, grzechu i winy, a także wielowymiarowego konfliktu między sacrum a profanum. Katolicki ksiądz staje się w nim potworem, w którym budzą się bezbożne żądze - tytułowe pragnienie. Pragnienie seksu i krwi, które dyktuje mu nowy, silny imperatyw: instynkt. Przeciw niemu zwrócone jest inne antagonistyczne pragnienie - zachowania moralnych zasad, zgodnych z religią i posługą kapłańską. Wampir-ksiądz staje się również (albo i przede wszystkim) wiarołomcą, podczas gdy fanatyczny tłum dostrzega w nim świętego dotkniętego przez Boga, czyniącego cuda uzdrowiciela. Kapłan Sang-hyeon w końcu ulega mrocznym żądzom i stawia na kompromis, lecz, jak dobrze wiemy, kompromis jest tylko łagodnym obliczem hipokryzji. Scena jego pierwszego zbliżenia z Tae-joo jest niezwykle sugestywna, a w miarę rozwoju akcji atmosfera między tą parą coraz bardziej gęstnieje. Może podejmowana w kinie tematyka seksualności katolickiego księdza nie budzi już dzisiaj tak histerycznego oporu jak jeszcze w latach 90., lecz nie ukrywajmy, że w naszym kręgu kulturowym nadal jest to pewne tabu. I po raz kolejny to, co jednych w tym obrazie zniechęci, dla innych może wydać się zaskakująco atrakcyjną wisienką na torcie. 





Podobieństwa tej koreańskiej produkcji do Teresy Raquin Zoli są rzeczywiście uderzające. Historia stara jak świat - żona, która nakłania swojego kochanka do pozbycia się męża, gdyż stoi on na drodze do ich wspólnego szczęścia. A potem miało być tak pięknie, lecz wyszło jak zwykle. Jaką rolę w tym wszystkim pełni Tae-joo? Na pierwszy rzut oka to tylko atrakcyjna lecz zahukana kura domowa, jej postać jednak szybko ewoluuje i z nieszczęśliwej, zdominowanej przez męża-fajtłapę i jego zaborczą matkę żony przeradza się w prawdziwą femme fatale. Początkowo jest to postać, której współczujemy, darzymy ją nawet sympatią. Z czasem zaczynamy dostrzegać w niej coraz więcej rys, które kształtują nam obraz zepsucia pod powierzchnią uległej bezsilności. Tae-joo manipuluje naiwnym kapłanem, odkrywającym dopiero własną seksualność i cielesność. Gdyby nie on, znalazłaby pewnie innego wybawcę na białym koniu, który wyrwałby ją z marazmu i małżeńskiej niewoli. Jej związek z Sang-hyeonem daleki jest wszakże od idylli, zatruty poczuciem winy kochanka. Tae-joo wyzbyta jest tego rodzaju moralnych blokad. To drapieżne zwierzę, które po opuszczeniu znienawidzonej klatki cieszy się swą kobiecością i wolnością. I bez wstydu czy wyrzutów sumienia czerpie z nich pełnymi garściami.

Nie jestem przekonana, którą wersję Bakjwi mogłabym polecić: szerzej dostępną, trwającą 133 minuty, czy reżyserską. Pierwszej niczego nie brakuje i stanowi, mogłoby się wydawać, zamkniętą, dobrze skonstruowaną całość. Z drugiej strony, prawie kwadrans ekstra w directors cut robi dużą różnicę. Niektóre wątki są tam mocniej wyeksponowane, pojawiają się też sceny, które rozwijają pomysły w okrojonej wersji ledwie zasygnalizowane. Czy jednak są one potrzebne? Trochę zmieniły mój odbiór całej historii. Bohaterowie stali się bardziej wyrachowani, ich perypetie przejaskrawione. A czy przeciętny widz zniesie takie stężenie groteski? Jak już wspomniałam, dodatkowe sceny wyjaśniają pewne sytuacje, które w krótszej wersji mogą zdawać się niedopracowane lub niejasne. Lecz czy obraz dzięki temu jest lepszy? Nie sądzę.

Film z pewnością skierowany jest głównie do tych, którzy gustują w kinie wampirycznym, otwartych na nowe rozwiązania, dla których Vlad z Transylwanii to niekoniecznie jedyna właściwa wizja krwiopijcy. Również do miłośników takiej a nie innej stylistyki, których nie zohydzą naturalistyczne sceny żerowania, pulsującej krwią rany itp. Może i całość obrazu jest wystylizowana - ale nie wyidealizowana. W Bakjwi krew nie jest romantycznym rekwizytem i nikomu nie dodaje uroku.

Co ciekawe, Koreańczycy wyraźnie zasmakowali w kinie wampirycznym. Ale o tym innym razem.

PRAGNIENIE 
Tytuł oryginalny: Bakjwi
Tytuł alternatywny: Thirst
Produkcja: Korea Południowa, 2009
Reżyseria: Chan-wook Park
Scenariusz: Seo-Gyeong Jeong, Chan-wook Park

Obsada:Kang-ho Song, Ok-bin Kim, Ha-kyun Shin, Hae-suk Kim


czwartek, 24 kwietnia 2014

Suehiro Maruo: The Laughing Vampire

The Laughing Vampire (jap. Warau Kyuuketsuki) to typowy przedstawiciel japońskiego nurtu ero-guro (erotic grotesque nonsense): przemoc, erotyzm i wszelkie dziwactwa wyciekają wręcz z kart tego komiksu.
Ze względu na makabrę i sceny seksu manga jest przeznaczona wyłącznie dla czytelników dorosłych.

W dwóch tomach autor Suehiro Maruo zawarł opowieść o japońskich wampirach, żerujących nocą na ulicach Tokio (w tomie drugim wielkomiejska akcja przenosi się na prowincję). Fabuła skupia się na trojgu nastolatkach, uczęszczających do tego samego liceum: młodym, świeżo przemienionym wampirze Konosuke Mori, podpalaczu Sotoo Henmi i Lunie, nieśmiałej dziewczynie "z problemami". Znają się jedynie z widzenia i nic ich nie łączy, z czasem jednak ich drogi skrzyżują się w feerii nienawiści, miłości i gniewu.
A dokładniej, połączy ich morderstwo.


Mangę otwiera opowieść Rakudy Onny, starej wampirzycy, która wypatrzyła na ulicy Konosuke i przywiodła go do swego domu, by udzielić mu daru wiecznego życia. To ona wybrała chłopca na swego towarzysza. Z jej opowieści dowiadujemy się, że sto lat wcześniej została zlinczowana przez rozwścieczony tłum. Powieszona, powstała z grobu jako wampir. W następnych rozdziałach obserwujemy transformację chłopca, który ze zwykłego nastolatka staje się wyzbytym litości drapieżnikiem. Jeśli ktoś spodziewa się akcji czy rozterek zbliżonych do znanych z popkultury historii przeznaczonych dla młodzieży, ten jest w grubym błędzie. Mamy tu bowiem do czynienia z wszelkim brudem, jaki może stworzyć człowiek i jego wyobraźnia. Suehiro Maruo niewiele nam oszczędza, obficie serwując w swej opowieści gwałty, orgie, mordy, kąpiele w krwi niemowląt i wszystko to, z czym może się wiązać erotyczna groteska. Koleżanki Luny ze szkoły prostytuują się, a Sotoo, podpalacz grasujący nocami na ulicach Tokio, okazuje się być, moim skromnym zdaniem, największym degeneratem ze wszystkich postaci przewijających się przez karty komiksu.

Co mnie zachwyciło w tej opowieści, to jej strona wizualna, choć fabularnie manga też trzyma wysoki poziom. Postacie rysowane są realistycznie, a tło jest dopracowane. Co więcej - w sposobie przedstawienia postaci widać wyraźną inspirację autora niemieckim ekspresjonizmem. Cienie na ludzkich twarzach, ich mimika, sugestywność i sposób wyrazu tworzą niezwykły efekt plastyczności, w której czarno-biała stylistyka mangi, oparta głównie na sile kontrastu, kreuje niepokojący, intensywny klimat.


Muszę powiedzieć, że tom pierwszy mnie opanował. Nie przerwałam czytania, dopóki nie skończyłam około trzeciej nad ranem. W miarę lektury bowiem obrzydzenie miesza się fascynacją, a ohyda z pięknem.
Wiele zależy tu od czytelnika, od jego tolerancji na sprawy, na które przeciętny człowiek niekoniecznie miałby ochotę patrzeć. Cóż, ero-guro nie jest popularnym gatunkiem i ma wąskie grono odbiorców. Pisząc tę recenzję, zdaję sobie sprawę, że manga zapewne niewielu przypadnie do gustu. Mnie zachwyciła.


Tom drugi przyniósł natomiast lekkie rozczarowanie. To już inna historia, choć bohaterowie ci sami. A może po prostu przedstawiona w niej opowieść nie była dla mnie dość przekonująca. Dzięki zakończeniu wampiryzm nabrał smaku goryczy, a nieśmiertelność przestała być atrakcyjna, jak wcześniej - stąd pewnie mój brak usatysfakcjonowania. The Laughing Vampire spokojnie mógłby zakończyć się na jednym tomie: wtedy byłoby to dzieło idealne.


Najbardziej żałuję, iż tytuł ten jest tak trudno dostępny. W Polsce nie został dotąd wydany, podobnie zresztą jak pozostałe mangi Maruo. Nie wiem nawet, czy cokolwiek z tego nurtu funkcjonuje na naszym rynku wydawniczym - w co wątpię - a powiem szczerze, że ero-guro bardzo przypadło mi do gustu. Typowe. Zwykle muszą spodobać mi się rzeczy na tyle niszowe, że nigdzie nie mogę ich dostać. Nasuwa się jednak pytanie - czy w kraju jak Polska mangi pokroju The Laughing Vampire mają prawo w ogóle zaistnieć? 

Nawet na rynku anglojęzycznym jest ich niewiele. Przekopałam Internet i odkryłam francuskie wydawnictwo Lézard Noir, które Maruo wydaje - lecz co z tego, kiedy francuskiego nie znam. Nie ukrywam, że udało mi się zapoznać z jego twórczością tylko dzięki fanowskim translacjom w języku angielskim, umieszczonym w sieci. Choć może nadzieja niekoniecznie matką głupich... Kto wie, może za kilka lat coś u nas ruszy w tym kierunku. Tak samo ubolewałam kiedyś, że w Polsce nie wydaje się Junji'ego Ito, a tu proszę - J.P.Fantastica w 2011 roku podjęła pierwsze ostrożne kroki dla wypełnienia tej luki i wydała Uzumaki, chyba najbardziej rozpoznawalną mangę tego autora. Dalej poszło jak z górki: Gyo, Black Paradox, a latem tego roku ma się ukazać Hellstar Remina. J.P.F. ma poza tym całkiem zacne (i potwierdzone) plany wydawnicze odnośnie kolejnych dzieł Ito.

Przykładowe plansze:



W przyszłości postaram się szerzej omówić twórczość Suehiro Maruo, który, obawiam się, jest w Polsce mangaką kompletnie nieznanym.

________________________________________________