Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2014

Moon Child

Sztuka kiczu

Film może nie obejrzany przypadkiem, lecz bardziej na siłę, przy kilku podejściach. Szukając w sieci czegoś traktującego o wampirach i koniecznie japońskiego, trafiłam na tego oto potworka azjatyckiej kinematografii. O potwornym obliczu tego obrazu dowiedziałam się, niestety, dopiero później. Skuszona skrajnymi opiniami, w których zachwyt mieszał się z mułem, i wysokimi notami na rodzimym Filmwebie i IMDb sięgnęłam po tę produkcję pełna zapału i pozytywnej energii, licząc na coś oryginalnego w odgrzewanym kotlecie. I oryginał otrzymałam. Film ten niczym mityczny wampir wyssał ze mnie w trakcie seansu całą witalność, pozostawiając po sobie niesmak, irytację i uczucie zażenowania. Czego ja właściwie byłam świadkiem??

Nie będę tu wnikać w fabułę, bo nie warto, powiem jednak otwarcie: dawno nie widziałam tak źle zagranego filmu. Nawet nie źle - fatalnie. Określenie "drewniane aktorstwo" to przy nim komplement. Główne role odegrali tu Gackt i Hyde, ikony j-rocka, o których istnieniu wcześniej nie miałam bladego pojęcia. O tym, że w Moon Child występują jacyś idole japońskiej sceny muzycznej dowiedziałam się dopiero po obejrzeniu filmu, więc absolutnie nie tym się kierowałam przy jego wyborze. Gackt i Hyde to panowie, dodam, o dość specyficznej aparycji, zgodnej z japońskimi kanonami męskiej urody, trudno więc dziwić się ich olbrzymiej popularności wśród nastolatek zachłyśniętych wszystkim, co zrodzone w Japonii. Tego typu mężczyzn nazywam po prostu bishōnenami i chyba w tym punkcie wielu ze mną się zgodzi. Owe nastolatki należy pewnie obarczyć główną winą za fakt, iż oceny Hyde'a i Gackta wynoszą na Filmwebie około 9/10. Nic do nich osobiście nie mam, może są świetnymi muzykami i mają cholernie dobry wokal i image, wiem natomiast jedno - aktorami są wyjątkowo marnymi.

Słabość tego obrazu wynika jednak nie tylko z aktorstwa, ale i z pozostałych elementów, składających się na całokształt. Miałkość i schematyczność scenariusza, fatalny sposób realizacji, sceny akcji - głównie strzelaniny - poprowadzone są tak, jakby odgrywały je dzieci z plastikowych pistoletów. Nie ma w nich nic autentycznego i budzą uśmiech politowania. Te pozy, te gesty, sposób trzymania broni - podpatrzone w kinie gangsterskim klasy C. Tanie, żałosne efekciarstwo na granicy absurdu. Jak twierdzą niektórzy, film jest momentami zabawny i ma niesamowity klimat. Mnie nic w nim nie śmieszyło, raczej jest nad czym zapłakać. Co zaś do owego klimatu - nie czuję go. Owszem, są tacy, którzy dostrzegają piękno i głębię w kałuży, i niech im będzie. Ja nad tą plamą mostów bym jednak nie stawiała.

Przeglądając w Internecie opinie na temat Moon Child, można się spotkać z kilkoma powtarzającymi się określeniami: kicz, tandeta, sztuczny, smutny, beznadziejny, wspaniały, nudny, senny, arcydzieło. Cóż, jak widać, zdania są podzielone. Pod niektórymi z nich i ja się podpiszę. Posiadając jednak inteligencję i mózg, po prostu nie wierzę, że wszystkie te zawyżone oceny są oderwane od postaci dwóch głównych bohaterów, a raczej tego, kim są oni prywatnie.

Hyde i Gackt
Najlepsze stwierdzenie, z jakim się spotkałam odnośnie tego filmu jest takie, że "mimo tego całego kiczu, ten film to arcydzieło". Niezwykle frapujące. Więc może warto po niego sięgnąć, by samemu wyrobić sobie o nim określone zdanie?

Pomimo całej tej eksplozji tandety i gloryfikacji beztalencia postanowiłam dać Gacktowi jeszcze jedną szansę i na dniach planuję obejrzeć Bunraku z jego udziałem. Muszę mieć w sobie jednak coś z masochistki.

MOON CHILD 
Produkcja: Japonia, 2003
Reżyseria: Takahisa Zeze
Scenariusz: Takahisa Zeze, Gackt, Kishu Izuchi 
Obsada: Hyde, Gackt, Ryo Ishibashi, Anne Suzuki, Leehom Wang








poniedziałek, 28 lipca 2014

Chan-wook Park: Pragnienie

Groteska i wampir


Film, który już pewnie większość z Was widziała, jedna z najciekawszych i najoryginalniejszych produkcji wampirycznych ostatnich lat. To również jeden z nielicznych filmów azjatyckich poruszających tematykę wampirów, jakie miałam okazję zobaczyć - a już na pewno spośród nich najlepszy. Nie bez znaczenia jest dla mnie fakt, że odpowiada za niego najsłynniejszy koreański reżyser Chan-wook Park, którego dzieła wysoko cenię i polecam wszystkim zmęczonym popkulturową papką Zachodu (czyt. USA). Są to filmy nie tylko mistrzowsko zrealizowane, ale też na swój sposób świeże i oryginalne. U Parka szczególnie pociągają mnie ciemne, nasycone barwy, tworzące bogate, wręcz barokowe scenerie i wnętrza. U niego każde ujęcie to osobne dzieło sztuki. Sposób prowadzenia kamery, muzyka, gra światła i cienia - wszystko to składa się na perfekcyjnie dopracowany obraz, który oszałamia, mami nas formą i stylem. Dosłownie: Park hipnotyzuje obrazem. Od strony wizualnej Bakjwi to prawie majstersztyk. Piszę "prawie", Park bowiem osiągnął prawdziwe apogeum swych możliwości dopiero w późniejszym filmie Stoker (mam tu na myśli wizualny, plastyczny wymiar). Z innych jego dzieł mogę polecić najbardziej znaną Trylogię Zemsty, na którą składają się Pan Zemsta, Oldboy i Pani Zemsta. Są to z pewnością obrazy warte obejrzenia, dalekie od kina wampirycznego, przez dojrzałego widza uznanego zwykle za niepoważne i niewarte uwagi. Cóż, widz ten na ogół nie myli się - tak jest, aczkolwiek nie zawsze, a Bakjwi jest tego najlepszym przykładem.
Wracając do filmu - Krzysztof Gonerski w swojej książce Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy tak oto przedstawia tę koreańską produkcję: 

Obraz twórcy Oldboya jest rewelacyjnie sfilmowany, a historia, którą opowiada, daleka od banału i utartych schematów. Rozczarowani będą jednak ci, którzy oczekują po tym filmie rasowego horroru. Ten został zepchnięty na drugi plan przez historię tragicznego miłosnego trójkąta, w której możemy dostrzec podobieństwa do głośnej francuskiej powieści "Teresa Raquin" (1867) Emila Zoli. Przypomnijmy, że w dziele francuskiego pisarza tytułowa bohaterka wspólnie ze swym kochankiem Laurentem zabijają chorowitego męża Teresy - Kamila, pozorując jego śmierć. Po tym zdarzeniu, mimo iż nikt nie stoi na przeszkodzie ich miłości, nie potrafią jednak zaznać szczęścia, dręczeni przez wyrzuty sumienia i senne koszmary. [...]
Jak na horror, a raczej dramat, wampiryczny obraz Parka jest propozycją absolutnie zaskakującą. Jego głównym tematem jest bowiem konflikt - konflikt między katolicką religią, nakazującą cielesną czystość, a nieodpartymi pragnieniami ciała, konflikt między sumieniem a pierwotnymi instynktami i wreszcie konflikt między moralnością a osobistym szczęściem. Tego rodzaju problematyka nie zdarza się w skonwencjonalizowanym horrorze o wampirach, chyba żeby ograniczyć horror do drugorzędnego dodatku. Trochę szkoda, ale być może inaczej Thirst nie byłby tak niezwykłym filmem.
źródło: Krzysztof Gonerski Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy, 
Wydawnictwo Kwiaty Orientu 2010, s. 245-246

Szerszą recenzję Gonerskiego możecie znaleźć w jego blogu poświęconym horrorowi azjatyckiemu Strach ma skośne oczy. Gonerski podkreśla w niej to, na co zwróciłam uwagę i ja, a mianowicie że Bakjwi jest filmem groteskowym, łączącym w sobie tragedię i komizm, love story i horror, absurd i dramat rodzinny, brzydotę z pięknem. Bakjwi posiada wszelkie atrybuty groteski i to jest też najczęściej temu filmowi zarzucane - że zawarty w nim komizm nie pasuje do reszty. Z tym akurat nie mogę się zgodzić. Lubię groteskę i ten rodzaj estetyki mocno do mnie przemawia. Jeśli ktoś odrzuca ten film, ponieważ spodziewał się rasowego horroru lub dramatu z elementami grozy, a otrzymał dziwny gatunkowo melanż, po prostu nie gustuje w tego typu stylistyce. I tyle. Bo zarzucić obrazowi Parka groteskę jest równorzędne z narzekaniem na komedię, bo jest zabawna. 

Park porusza w swym filmie dylematy moralne bliskie religii chrześcijańskiej: czystości i zdrady, grzechu i winy, a także wielowymiarowego konfliktu między sacrum a profanum. Katolicki ksiądz staje się w nim potworem, w którym budzą się bezbożne żądze - tytułowe pragnienie. Pragnienie seksu i krwi, które dyktuje mu nowy, silny imperatyw: instynkt. Przeciw niemu zwrócone jest inne antagonistyczne pragnienie - zachowania moralnych zasad, zgodnych z religią i posługą kapłańską. Wampir-ksiądz staje się również (albo i przede wszystkim) wiarołomcą, podczas gdy fanatyczny tłum dostrzega w nim świętego dotkniętego przez Boga, czyniącego cuda uzdrowiciela. Kapłan Sang-hyeon w końcu ulega mrocznym żądzom i stawia na kompromis, lecz, jak dobrze wiemy, kompromis jest tylko łagodnym obliczem hipokryzji. Scena jego pierwszego zbliżenia z Tae-joo jest niezwykle sugestywna, a w miarę rozwoju akcji atmosfera między tą parą coraz bardziej gęstnieje. Może podejmowana w kinie tematyka seksualności katolickiego księdza nie budzi już dzisiaj tak histerycznego oporu jak jeszcze w latach 90., lecz nie ukrywajmy, że w naszym kręgu kulturowym nadal jest to pewne tabu. I po raz kolejny to, co jednych w tym obrazie zniechęci, dla innych może wydać się zaskakująco atrakcyjną wisienką na torcie. 





Podobieństwa tej koreańskiej produkcji do Teresy Raquin Zoli są rzeczywiście uderzające. Historia stara jak świat - żona, która nakłania swojego kochanka do pozbycia się męża, gdyż stoi on na drodze do ich wspólnego szczęścia. A potem miało być tak pięknie, lecz wyszło jak zwykle. Jaką rolę w tym wszystkim pełni Tae-joo? Na pierwszy rzut oka to tylko atrakcyjna lecz zahukana kura domowa, jej postać jednak szybko ewoluuje i z nieszczęśliwej, zdominowanej przez męża-fajtłapę i jego zaborczą matkę żony przeradza się w prawdziwą femme fatale. Początkowo jest to postać, której współczujemy, darzymy ją nawet sympatią. Z czasem zaczynamy dostrzegać w niej coraz więcej rys, które kształtują nam obraz zepsucia pod powierzchnią uległej bezsilności. Tae-joo manipuluje naiwnym kapłanem, odkrywającym dopiero własną seksualność i cielesność. Gdyby nie on, znalazłaby pewnie innego wybawcę na białym koniu, który wyrwałby ją z marazmu i małżeńskiej niewoli. Jej związek z Sang-hyeonem daleki jest wszakże od idylli, zatruty poczuciem winy kochanka. Tae-joo wyzbyta jest tego rodzaju moralnych blokad. To drapieżne zwierzę, które po opuszczeniu znienawidzonej klatki cieszy się swą kobiecością i wolnością. I bez wstydu czy wyrzutów sumienia czerpie z nich pełnymi garściami.

Nie jestem przekonana, którą wersję Bakjwi mogłabym polecić: szerzej dostępną, trwającą 133 minuty, czy reżyserską. Pierwszej niczego nie brakuje i stanowi, mogłoby się wydawać, zamkniętą, dobrze skonstruowaną całość. Z drugiej strony, prawie kwadrans ekstra w directors cut robi dużą różnicę. Niektóre wątki są tam mocniej wyeksponowane, pojawiają się też sceny, które rozwijają pomysły w okrojonej wersji ledwie zasygnalizowane. Czy jednak są one potrzebne? Trochę zmieniły mój odbiór całej historii. Bohaterowie stali się bardziej wyrachowani, ich perypetie przejaskrawione. A czy przeciętny widz zniesie takie stężenie groteski? Jak już wspomniałam, dodatkowe sceny wyjaśniają pewne sytuacje, które w krótszej wersji mogą zdawać się niedopracowane lub niejasne. Lecz czy obraz dzięki temu jest lepszy? Nie sądzę.

Film z pewnością skierowany jest głównie do tych, którzy gustują w kinie wampirycznym, otwartych na nowe rozwiązania, dla których Vlad z Transylwanii to niekoniecznie jedyna właściwa wizja krwiopijcy. Również do miłośników takiej a nie innej stylistyki, których nie zohydzą naturalistyczne sceny żerowania, pulsującej krwią rany itp. Może i całość obrazu jest wystylizowana - ale nie wyidealizowana. W Bakjwi krew nie jest romantycznym rekwizytem i nikomu nie dodaje uroku.

Co ciekawe, Koreańczycy wyraźnie zasmakowali w kinie wampirycznym. Ale o tym innym razem.

PRAGNIENIE 
Tytuł oryginalny: Bakjwi
Tytuł alternatywny: Thirst
Produkcja: Korea Południowa, 2009
Reżyseria: Chan-wook Park
Scenariusz: Seo-Gyeong Jeong, Chan-wook Park

Obsada:Kang-ho Song, Ok-bin Kim, Ha-kyun Shin, Hae-suk Kim