Translate

niedziela, 24 sierpnia 2014

Junji Ito: Mega Manga i Remina

Wszystko zaczęło się w 2011 roku, kiedy to J.P.Fantastica, wydawnictwo specjalizujące się w komiksach japońskich, postanowiło wprowadzić na nasz rodzimy rynek najbardziej znane - i uznane - dzieło Junji'ego Ito, Uzumaki. W tamtym momencie kontynuacja dzieł Ito w Polsce była zapewne, jak domyślam się, uwarunkowana tym, jak tytuł ów zostanie przyjęty przez środowisko czytelników mangi i czy debiut ten zakończy się sukcesem. Jak pokazały następne lata, nie był to strzał chybiony. Nie wiem, czy miarą tego sukcesu była wysoka sprzedaż, a co za tym idzie, lukratywne wpływy (to w przypadku mang w ogóle możliwe?), czy wydawnictwo po prostu na tym interesie nie straciło, lecz następną decyzją J.P.F. postanowiło wprowadzić na polski rynek wydawniczy pozostałe dzieła autora Uzumaki. I tak, w ramach serii Mega Manga w roku 2013 ukazało się Gyo, a w lutym 2014 roku Black Paradox. Miał być to koniec Ito w Mega Mandze, wydawnictwo zrobiło jednak czytelnikom niespodziankę i jeszcze przed premierą Black Paradox ogłosiło wydanie niejako "bonusowej" mangi Jigokusei Remina (Hellstar Remina). Był to, niestety, typowy chwyt marketingowy.

Przyznam, że początkowo ucieszyła mnie ta wiadomość. Remina miała być pierwszą wydaną w Polsce mangą Ito, której wcześniej nie czytałam. Podekscytowana niczym dziecko, kupiłam ją zupełnie w ciemno już kilka miesięcy przed premierą. Zresztą zabieg zastosowany przez J.P.F. jak najbardziej zachęcał do nabycia tej pozycji - jeśli nie tego wymagał - do pre-orderu Black Paradox dołączono bowiem specjalny box kolekcjonerski, który miał pomieścić cztery mangi Junji'ego, wchodzące w skład serii. Zaiste, nie lada gratka dla każdego wielbiciela mistrza graficznej makabry.

Specyfiką tej serii jest powiększony format komiksu (A5) oraz wysoki standard wydania: dopracowana szata graficzna i tłumaczenie, matowa obwoluta, znakomitej jakości papier i druk. Nie ma mowy o jakimkolwiek rozklejaniu się bloku. Marginesy są odpowiedniej szerokości, by nie stracić nic z planszy. Kontrast, jak na mój gust, jest zbyt duży, ale idzie się przyzwyczaić. Najwięcej tu czerni i bieli, mała skala szarości - to czasem przeszkadza. Poza tym wszystko jest na najwyższym poziomie. Dodam, że niektóre tytuły wydane są zbiorczo w postaci omnibusów, jak Uzumaki (trzy tomy w jednym) czy Gyo (dwa tomy w jednym).

Jak wydawnictwo informuje: Mega Manga to starannie dobrane tytuły dla wymagającego czytelnika. Są to wyjątkowe tytuły, wyróżniające się swoją oryginalnością, czy też tworzące fundamenty pod znane gatunki mang. Cóż, z tym się akurat nie zgodzę.
W Mega Mandze zostało dotąd wydanych osiem tytułów, z czego aż cztery jest autorstwa Ito. Dwa z nich to pozycje zaiste wysoko cenione (Gyo i Uzumaki), pozostałe dwa natomiast to dzieła, delikatnie mówiąc, dość średniej wartości. Dobrze narysowane, nie powiem, o miałkiej jednak i bzdurnej fabule, gdzie pomysł może i był, ale już gorzej z rozwinięciem, dopracowaniem, a już na pewno z zakończeniem. O ile jeszcze zrozumiałe dla mnie jest, że tym, którzy nie mieli wcześniej kontaktu z twórczością Ito, Black Paradox może wydać się mangą w miarę świeżą, o ciekawych rozwiązaniach fabularnych, o tyle wszelkich pień zachwytu nad Reminą - gwiazdą piekieł nie zdzierżę. A tych ostatnio, odkąd manga ukazała się, nie brakuje. Rozumiem, że trwa nasilona akcja promocyjna, to tak. Ale mówienie o tym żałosnym tytule w samych superlatywach to już w środowisku mangowym prawdziwe faux pas. I rozumiem, lub raczej zdaję sobie sprawę, że czymś te osoby, ci piewcy zachwytu, kierują się (zleceniem? zobowiązaniem?), lecz w powody te wolę nie wnikać.

Czytając dotychczasowe opinie i recenzje umieszczone w sieci, zdążyłam zauważyć, że większość osób zwykle bardziej docenia krótsze opowieści, dołączone do polskich wydań. Bo Ito mistrzem jest, a owszem, ale krótkiej formy, muszę tu zdradzić. I tak, na końcu Black Paradox straszy nas niesamowita Lizawa, a po Reminie wytrwałego czytelnika czekają Miliardy szwów, prawdziwe światełko w tunelu apokaliptycznej nudy i absurdu. Mnie akurat do gustu najbardziej przypadł Uskok na górze Amigara, dołączony do Gyo. Nie jest to wprawdzie historia obfitująca w makabrę i odrażające sceny, tak charakterystyczne dla Ito, zawiera ona jednak w sobie pewien niepokój, klimat klaustrofobicznej grozy z wybornym, mocnym finałem.

REMINA - OFIARA PIEKIEŁ [możliwe spoilery]


Może gdyby autor więcej uwagi poświęcił kosmicznej Reminie, a nie jej ziemskiej imienniczce, fabuła mangi potoczyłaby się w kompletnie innym kierunku... Możliwe. Mnie w tej historii najbardziej właśnie zabrakło Reminy-planety, w akcji na jej powierzchni krył się bowiem niebywały potencjał, zupełnie przez Ito niewykorzystany. Potencjał ten został ledwie zasygnalizowany w paru epizodach, które narobiły mi okrutnego apetytu na więcej. Tym razem obeszłam się smakiem. Zamiast skupić się na tym, co mogłoby być oryginalne i przerażające (w obliczu  t a k i e j  planety skojarzenia z Lovecraftem nasuwają się same) Ito zbyt wiele wagi przywiązał do ukazania nam licznych lecz monotonnych perypetii dziewczyny o imieniu Remina. Mógł z tego powstać udany komiks science fiction z elementami grozy, tymczasem otrzymaliśmy twór specyficzny i zastanawiający: heroiczną opowieść o Wielkiej Ucieczce - w porywach wiatru, w płomieniach, w tsunami, w obliczu zagłady ludzkości w tle.

Fabuła tej Mega Mangi zaiste jest mega prosta i nieskomplikowana: oto do Ziemi zbliża się tajemnicze ciało niebieskie, które przeniknęło do naszego Wszechświata z innego wymiaru. Zdarzenie to początkowo przyjęte jest dość entuzjastycznie, a "planeta", jak uparcie ją zwą, ochrzczona zostaje Reminą, od imienia córki jej odkrywcy. W miarę jak Remina pożera na swej drodze kolejne planety Układu Słonecznego, entuzjazm maleje, a ludzie, zamknięci na Ziemi niczym w pułapce, czekają na nieuchronny los. Czekają wszak nie do końca bezradnie, na świecie szerzy się bowiem fama, iż to Remina, jej ziemska imienniczka, odpowiada za ten kosmiczny kataklizm. Wkrótce też rusza za nią oszalały tłum...

I to by było na tyle, jeśli chodzi o fabułę. Dalej jest już tylko pogoń, upstrzona fajerwerkami postępującej apokalipsy. Im dalej w las, tym bardziej irytująco. Główna bohaterka, Remina, co chwilę uchodzi z życiem tylko dlatego, że ma więcej szczęścia niż rozumu, zawsze znajdzie się bowiem jakiś rycerz, który wybawi ją z opresji. Będąc centralną postacią tej historii, Remina jest zarazem najbardziej bierną, pasywną bohaterką całej mangi. Jej obecność ma w sobie coś z kosmicznej pomyłki, zwłaszcza że pozostali aktorzy tego spektaklu osobliwości również nie grzeszą inicjatywą ani rozumem. Zdaje się być niejako oderwana od rzeczywistości, ciągle ucieka albo ktoś ją ratuje - nie ma wpływu na nic, co dzieje się wokół, porwana wartkim nurtem wydarzeń. Nawet nie bardzo chciała być gwiazdą - jakoś tak wyszło, bo inni nalegali. Ot, kolejna ładna dziewczyna, kompletnie pozbawiona charakteru i charyzmy, dziwnym trafem uwielbiana przez tłumy, by następnie stać się przez nie znienawidzona. Pogoń za dziewczyną ma w sobie z kolei coś z masowej histerii. Ludzie, w obliczu zagłady ogarnięci żądzą mordu, popadli nie tyle w obłęd, co w przesądną wiarę w to, iż Remina jest osobą odpowiedzialną za armagedon. Rozpoczyna się iście średniowieczny pościg za kozłem ofiarnym, gdzie w ruch idą siekiery i widły, a fanatyczny motłoch pluje śliną i w imię ratowania Ziemi kieruje swój oskarżycielski palec w niewinną, "czarownicę" utożsamianą z grozą przybyłą z kosmosu - ze Złem. Przewodzą mu tajemnicze okapturzone indywidua, które zapewne miały kojarzyć się z inkwizycją. Wszystko dalej rozwija się jednak zbyt schematycznie, by było niegrzecznie. Przynajmniej mnie nie przekonały te pseudo-średniowieczne tortury i płonące stosy. Rozpięta na krzyżu Remina budzi mój uśmiech politowania i szczere pragnienie, by w końcu szlag ją trafił. Dla mangi tak by było na pewno lepiej.

Poza główną postacią w historii tej rażą też cudowne zbiegi okoliczności, nagminnie stosowane przez autora, oraz irracjonalne zachowania pozostałych bohaterów, pozbawione sensu i krztyny inteligencji. Przykład? Kto, u licha, ratuje się ucieczką z ginącej Ziemi, kierując się na tzw. planetę, która kataklizm ów spowodowała? Na dodatek uparcie negując fakt, iż nie jest to żadna planeta, a potwór-moloch, który wziął się nie wiadomo skąd, żywiąc się wszystkim, co napotka w kosmosie? Już taki szczegół jak to, iż owa planeta posiada oczy i gigantyczny język, oplatający księżyc i Ziemię, powinien dać ludziom co nieco do myślenia. Lecz nie! Oni lecą na Reminę, gdyż tam jest raj! Hurrra! Jest atmosfera do życia i w ogóle jest pięknie. A potem jeszcze dziwią się temu, co zastali... Najwyraźniej na kartach tego komiksu nie tylko polowania na czarownicę, ale też jakieś zaraźliwe odmóżdżenie się szerzy.

Sama zagłada naszej planety, której czytelnik jest świadkiem w drugiej połowie mangi, przypomina mi trochę wydarzenia z innego dzieła Junji’ego Ito, Uzumaki. Nie mam na myśli motywu spirali, ale pomysł z unoszeniem się, czy wręcz lataniem ludzi, wykorzystany przez Ito również i tutaj. Cała końcowa akcja z Reminy związana z utratą grawitacji kojarzy mi się z Gangiem Motyli i tornadami w Uzumaki. O ile jednak koncept ten w Spirali zwyczajnie mi się nie podobał, w Reminie nabrał on oblicza tak groteskowego, że śmiech się bać. Wątpię, by miałby to być efekt zamierzony.

Czytając Ito, odnoszę w ogóle wrażenie, że niektóre z jego historii są tylko mniej istotnym dodatkiem do obrazów grozy. Fabuła jest w nich jedynie pretekstem do zaprezentowania dziwnych i surrealnych tworów wyobraźni autora, jakby mangaka miał pomysł na ukazanie "monstrum" lub jakiejś sytuacji, ale na poprowadzenie samej opowieści - już nie. Remina jest tego ewidentnym przykładem.


Wracając zaś do wydania:

Jeśli J.P.F ma zamiar kontynuować tego typu "gadżety" dołączane do pre-orderów, lepiej niech się więcej nie kompromituje i sobie odpuści. Zakładka sprezentowana do przedpremierowego zamówienia Reminy zaskakuje nie tylko malutkim rozmiarem, ale przede wszystkim jednostronnym drukiem - po odwróceniu nie ma już żadnej grafiki, jedynie biała kartka. Może wszystkie zakładki od J.P.F. wyglądają podobnie, tego nie wiem, ja w każdym razie pierwszy raz widzę coś takiego. Nie wiem również, czy tylko mnie taki zaszczyt spotkał, czy to bardziej powszechne zjawisko, ale mój box na komiksy Ito w Mega Mandze tych komiksów nie mieści. Wszystko było w porządku, dopóki do kolekcji nie doszła Remina - w pudełku zabrakło może z pół centymetra, aby ją dołączyć. Box zatem swej funkcji nie spełnił. Jest też zbyt cienki, powinien być wykonany z grubszej dykty, a tak, w miarę używania, szybko zniszczeje. Tylustronicowe mangi wszak swoją tężyznę i masę posiadają. Inną sprawą jest umieszczona na nim grafika: jednym się podoba, innym nie. Mnie akurat ten wybór ilustracji nie przeszkadza, choć uważam, że "pajacyk" z Uzumaki byłby o niebo lepszy - taki pajacyk z pudełka, czyż nie?


Tak więc, podsumowując, gadżety te do najlepszych nie należą. Może tego typu prezenty sprawdzały się przy dotychczasowych głównych odbiorcach mang wydawnictwa (shounen), ale przy seinenach, gdzie czytelnik jest nie tylko dojrzalszy, ale i bardziej wymagający, to już lekka porażka. Z pewnością przedmioty te mają wartość kolekcjonerską - a już samo to dla niektórych jest wystarczającą zachętą do nabycia pre-orderu.





  

wtorek, 29 lipca 2014

Moon Child

Sztuka kiczu

Film może nie obejrzany przypadkiem, lecz bardziej na siłę, przy kilku podejściach. Szukając w sieci czegoś traktującego o wampirach i koniecznie japońskiego, trafiłam na tego oto potworka azjatyckiej kinematografii. O potwornym obliczu tego obrazu dowiedziałam się, niestety, dopiero później. Skuszona skrajnymi opiniami, w których zachwyt mieszał się z mułem, i wysokimi notami na rodzimym Filmwebie i IMDb sięgnęłam po tę produkcję pełna zapału i pozytywnej energii, licząc na coś oryginalnego w odgrzewanym kotlecie. I oryginał otrzymałam. Film ten niczym mityczny wampir wyssał ze mnie w trakcie seansu całą witalność, pozostawiając po sobie niesmak, irytację i uczucie zażenowania. Czego ja właściwie byłam świadkiem??

Nie będę tu wnikać w fabułę, bo nie warto, powiem jednak otwarcie: dawno nie widziałam tak źle zagranego filmu. Nawet nie źle - fatalnie. Określenie "drewniane aktorstwo" to przy nim komplement. Główne role odegrali tu Gackt i Hyde, ikony j-rocka, o których istnieniu wcześniej nie miałam bladego pojęcia. O tym, że w Moon Child występują jacyś idole japońskiej sceny muzycznej dowiedziałam się dopiero po obejrzeniu filmu, więc absolutnie nie tym się kierowałam przy jego wyborze. Gackt i Hyde to panowie, dodam, o dość specyficznej aparycji, zgodnej z japońskimi kanonami męskiej urody, trudno więc dziwić się ich olbrzymiej popularności wśród nastolatek zachłyśniętych wszystkim, co zrodzone w Japonii. Tego typu mężczyzn nazywam po prostu bishōnenami i chyba w tym punkcie wielu ze mną się zgodzi. Owe nastolatki należy pewnie obarczyć główną winą za fakt, iż oceny Hyde'a i Gackta wynoszą na Filmwebie około 9/10. Nic do nich osobiście nie mam, może są świetnymi muzykami i mają cholernie dobry wokal i image, wiem natomiast jedno - aktorami są wyjątkowo marnymi.

Słabość tego obrazu wynika jednak nie tylko z aktorstwa, ale i z pozostałych elementów, składających się na całokształt. Miałkość i schematyczność scenariusza, fatalny sposób realizacji, sceny akcji - głównie strzelaniny - poprowadzone są tak, jakby odgrywały je dzieci z plastikowych pistoletów. Nie ma w nich nic autentycznego i budzą uśmiech politowania. Te pozy, te gesty, sposób trzymania broni - podpatrzone w kinie gangsterskim klasy C. Tanie, żałosne efekciarstwo na granicy absurdu. Jak twierdzą niektórzy, film jest momentami zabawny i ma niesamowity klimat. Mnie nic w nim nie śmieszyło, raczej jest nad czym zapłakać. Co zaś do owego klimatu - nie czuję go. Owszem, są tacy, którzy dostrzegają piękno i głębię w kałuży, i niech im będzie. Ja nad tą plamą mostów bym jednak nie stawiała.

Przeglądając w Internecie opinie na temat Moon Child, można się spotkać z kilkoma powtarzającymi się określeniami: kicz, tandeta, sztuczny, smutny, beznadziejny, wspaniały, nudny, senny, arcydzieło. Cóż, jak widać, zdania są podzielone. Pod niektórymi z nich i ja się podpiszę. Posiadając jednak inteligencję i mózg, po prostu nie wierzę, że wszystkie te zawyżone oceny są oderwane od postaci dwóch głównych bohaterów, a raczej tego, kim są oni prywatnie.

Hyde i Gackt
Najlepsze stwierdzenie, z jakim się spotkałam odnośnie tego filmu jest takie, że "mimo tego całego kiczu, ten film to arcydzieło". Niezwykle frapujące. Więc może warto po niego sięgnąć, by samemu wyrobić sobie o nim określone zdanie?

Pomimo całej tej eksplozji tandety i gloryfikacji beztalencia postanowiłam dać Gacktowi jeszcze jedną szansę i na dniach planuję obejrzeć Bunraku z jego udziałem. Muszę mieć w sobie jednak coś z masochistki.

MOON CHILD 
Produkcja: Japonia, 2003
Reżyseria: Takahisa Zeze
Scenariusz: Takahisa Zeze, Gackt, Kishu Izuchi 
Obsada: Hyde, Gackt, Ryo Ishibashi, Anne Suzuki, Leehom Wang








poniedziałek, 28 lipca 2014

Chan-wook Park: Pragnienie

Groteska i wampir


Film, który już pewnie większość z Was widziała, jedna z najciekawszych i najoryginalniejszych produkcji wampirycznych ostatnich lat. To również jeden z nielicznych filmów azjatyckich poruszających tematykę wampirów, jakie miałam okazję zobaczyć - a już na pewno spośród nich najlepszy. Nie bez znaczenia jest dla mnie fakt, że odpowiada za niego najsłynniejszy koreański reżyser Chan-wook Park, którego dzieła wysoko cenię i polecam wszystkim zmęczonym popkulturową papką Zachodu (czyt. USA). Są to filmy nie tylko mistrzowsko zrealizowane, ale też na swój sposób świeże i oryginalne. U Parka szczególnie pociągają mnie ciemne, nasycone barwy, tworzące bogate, wręcz barokowe scenerie i wnętrza. U niego każde ujęcie to osobne dzieło sztuki. Sposób prowadzenia kamery, muzyka, gra światła i cienia - wszystko to składa się na perfekcyjnie dopracowany obraz, który oszałamia, mami nas formą i stylem. Dosłownie: Park hipnotyzuje obrazem. Od strony wizualnej Bakjwi to prawie majstersztyk. Piszę "prawie", Park bowiem osiągnął prawdziwe apogeum swych możliwości dopiero w późniejszym filmie Stoker (mam tu na myśli wizualny, plastyczny wymiar). Z innych jego dzieł mogę polecić najbardziej znaną Trylogię Zemsty, na którą składają się Pan Zemsta, Oldboy i Pani Zemsta. Są to z pewnością obrazy warte obejrzenia, dalekie od kina wampirycznego, przez dojrzałego widza uznanego zwykle za niepoważne i niewarte uwagi. Cóż, widz ten na ogół nie myli się - tak jest, aczkolwiek nie zawsze, a Bakjwi jest tego najlepszym przykładem.
Wracając do filmu - Krzysztof Gonerski w swojej książce Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy tak oto przedstawia tę koreańską produkcję: 

Obraz twórcy Oldboya jest rewelacyjnie sfilmowany, a historia, którą opowiada, daleka od banału i utartych schematów. Rozczarowani będą jednak ci, którzy oczekują po tym filmie rasowego horroru. Ten został zepchnięty na drugi plan przez historię tragicznego miłosnego trójkąta, w której możemy dostrzec podobieństwa do głośnej francuskiej powieści "Teresa Raquin" (1867) Emila Zoli. Przypomnijmy, że w dziele francuskiego pisarza tytułowa bohaterka wspólnie ze swym kochankiem Laurentem zabijają chorowitego męża Teresy - Kamila, pozorując jego śmierć. Po tym zdarzeniu, mimo iż nikt nie stoi na przeszkodzie ich miłości, nie potrafią jednak zaznać szczęścia, dręczeni przez wyrzuty sumienia i senne koszmary. [...]
Jak na horror, a raczej dramat, wampiryczny obraz Parka jest propozycją absolutnie zaskakującą. Jego głównym tematem jest bowiem konflikt - konflikt między katolicką religią, nakazującą cielesną czystość, a nieodpartymi pragnieniami ciała, konflikt między sumieniem a pierwotnymi instynktami i wreszcie konflikt między moralnością a osobistym szczęściem. Tego rodzaju problematyka nie zdarza się w skonwencjonalizowanym horrorze o wampirach, chyba żeby ograniczyć horror do drugorzędnego dodatku. Trochę szkoda, ale być może inaczej Thirst nie byłby tak niezwykłym filmem.
źródło: Krzysztof Gonerski Strach ma skośne oczy. Azjatyckie kino grozy
Wydawnictwo Kwiaty Orientu 2010, s. 245-246

Szerszą recenzję Gonerskiego możecie znaleźć w jego blogu poświęconym horrorowi azjatyckiemu Strach ma skośne oczy. Gonerski podkreśla w niej to, na co zwróciłam uwagę i ja, a mianowicie że Bakjwi jest filmem groteskowym, łączącym w sobie tragedię i komizm, love story i horror, absurd i dramat rodzinny, brzydotę z pięknem. Bakjwi posiada wszelkie atrybuty groteski i to jest też najczęściej temu filmowi zarzucane - że zawarty w nim komizm nie pasuje do reszty. Z tym akurat nie mogę się zgodzić. Lubię groteskę i ten rodzaj estetyki mocno do mnie przemawia. Jeśli ktoś odrzuca ten film, ponieważ spodziewał się rasowego horroru lub dramatu z elementami grozy, a otrzymał dziwny gatunkowo melanż, po prostu nie gustuje w tego typu stylistyce. I tyle. Bo zarzucić obrazowi Parka groteskę jest równorzędne z narzekaniem na komedię, bo jest zabawna. 

Park porusza w swym filmie dylematy moralne bliskie religii chrześcijańskiej: czystości i zdrady, grzechu i winy, a także wielowymiarowego konfliktu między sacrum a profanum. Katolicki ksiądz staje się w nim potworem, w którym budzą się bezbożne żądze - tytułowe pragnienie. Pragnienie seksu i krwi, które dyktuje mu nowy, silny imperatyw: instynkt. Przeciw niemu zwrócone jest inne antagonistyczne pragnienie - zachowania moralnych zasad, zgodnych z religią i posługą kapłańską. Wampir-ksiądz staje się również (albo i przede wszystkim) wiarołomcą, podczas gdy fanatyczny tłum dostrzega w nim świętego dotkniętego przez Boga, czyniącego cuda uzdrowiciela. Kapłan Sang-hyeon w końcu ulega mrocznym żądzom i stawia na kompromis, lecz, jak dobrze wiemy, kompromis jest tylko łagodnym obliczem hipokryzji. Scena jego pierwszego zbliżenia z Tae-joo jest niezwykle sugestywna, a w miarę rozwoju akcji atmosfera między tą parą coraz bardziej gęstnieje. Może podejmowana w kinie tematyka seksualności katolickiego księdza nie budzi już dzisiaj tak histerycznego oporu jak jeszcze w latach 90., lecz nie ukrywajmy, że w naszym kręgu kulturowym nadal jest to pewne tabu. I po raz kolejny to, co jednych w tym obrazie zniechęci, dla innych może wydać się zaskakująco atrakcyjną wisienką na torcie. 





Podobieństwa tej koreańskiej produkcji do Teresy Raquin Zoli są rzeczywiście uderzające. Historia stara jak świat - żona, która nakłania swojego kochanka do pozbycia się męża, gdyż stoi on na drodze do ich wspólnego szczęścia. A potem miało być tak pięknie, lecz wyszło jak zwykle. Jaką rolę w tym wszystkim pełni Tae-joo? Na pierwszy rzut oka to tylko atrakcyjna lecz zahukana kura domowa, jej postać jednak szybko ewoluuje i z nieszczęśliwej, zdominowanej przez męża-fajtłapę i jego zaborczą matkę żony przeradza się w prawdziwą femme fatale. Początkowo jest to postać, której współczujemy, darzymy ją nawet sympatią. Z czasem zaczynamy dostrzegać w niej coraz więcej rys, które kształtują nam obraz zepsucia pod powierzchnią uległej bezsilności. Tae-joo manipuluje naiwnym kapłanem, odkrywającym dopiero własną seksualność i cielesność. Gdyby nie on, znalazłaby pewnie innego wybawcę na białym koniu, który wyrwałby ją z marazmu i małżeńskiej niewoli. Jej związek z Sang-hyeonem daleki jest wszakże od idylli, zatruty poczuciem winy kochanka. Tae-joo wyzbyta jest tego rodzaju moralnych blokad. To drapieżne zwierzę, które po opuszczeniu znienawidzonej klatki cieszy się swą kobiecością i wolnością. I bez wstydu czy wyrzutów sumienia czerpie z nich pełnymi garściami.

Nie jestem przekonana, którą wersję Bakjwi mogłabym polecić: szerzej dostępną, trwającą 133 minuty, czy reżyserską. Pierwszej niczego nie brakuje i stanowi, mogłoby się wydawać, zamkniętą, dobrze skonstruowaną całość. Z drugiej strony, prawie kwadrans ekstra w directors cut robi dużą różnicę. Niektóre wątki są tam mocniej wyeksponowane, pojawiają się też sceny, które rozwijają pomysły w okrojonej wersji ledwie zasygnalizowane. Czy jednak są one potrzebne? Trochę zmieniły mój odbiór całej historii. Bohaterowie stali się bardziej wyrachowani, ich perypetie przejaskrawione. A czy przeciętny widz zniesie takie stężenie groteski? Jak już wspomniałam, dodatkowe sceny wyjaśniają pewne sytuacje, które w krótszej wersji mogą zdawać się niedopracowane lub niejasne. Lecz czy obraz dzięki temu jest lepszy? Nie sądzę.

Film z pewnością skierowany jest głównie do tych, którzy gustują w kinie wampirycznym, otwartych na nowe rozwiązania, dla których Vlad z Transylwanii to niekoniecznie jedyna właściwa wizja krwiopijcy. Również do miłośników takiej a nie innej stylistyki, których nie zohydzą naturalistyczne sceny żerowania, pulsującej krwią rany itp. Może i całość obrazu jest wystylizowana - ale nie wyidealizowana. W Bakjwi krew nie jest romantycznym rekwizytem i nikomu nie dodaje uroku.

Co ciekawe, Koreańczycy wyraźnie zasmakowali w kinie wampirycznym. Ale o tym innym razem.

PRAGNIENIE 
Tytuł oryginalny: Bakjwi
Tytuł alternatywny: Thirst
Produkcja: Korea Południowa, 2009
Reżyseria: Chan-wook Park
Scenariusz: Seo-Gyeong Jeong, Chan-wook Park

Obsada:Kang-ho Song, Ok-bin Kim, Ha-kyun Shin, Hae-suk Kim


Ponieważ moje dotychczasowe spostrzeżenia filmowe utknęły nie tyle w martwym punkcie, co na pewnym martwym forum, postanowiłam dzisiaj zamieścić moje wcześniejsze recenzje i przemyślenia również i tutaj, w moim blogu. Blog ten założyłam już jakiś czas temu, lecz jakoś nie miałam dotąd weny, aby w nim pisać, bardziej skupiona na moich zainteresowaniach komiksowo-książkowych [http://mojabibliofilia.blogspot.com/] i dobiegających końca studiach. Początkowo miał być to blog poświęcony mojemu życiu prywatnemu i rzeczywistości, która mnie otacza, a jednak... Ponieważ rzeczywistość mnie bardziej przytłacza niż otacza, a życie prywatne ostatnio nie napawa optymizmem, po raz kolejny postanawiam się oderwać i poświęcić w ten oto sposób czas wolny mojej kolejnej, lub raczej równorzędnej z książkami pasji, czyli filmowi.
Nie mam wprawdzie bladego pojęcia, jak to się dalej rozwinie i czy mój zapał nie okaże się słomianym. Nie mam bowiem w zwyczaju przesiadywać codziennie na blogu i pisać regularnie posty - nie dzień w dzień, a nawet nie co tydzień. Nie czuję się w obowiązku. Blog jest dla mojej przyjemności, nie Waszej (ciekawości albo i nieprzyjemności). Na początku umieszczę tu moje recenzje, które wcześniej znalazły się na http://vvampiryy.fora.pl, więc niech nikogo nie zdziwi ich tematyka, jest to bowiem forum w całości poświęcone wampiryzmowi (zbędnie tłumaczę w tym miejscu oczywistość). Co za tym idzie, filmy na nim omawiane wywodzą się z nurtu kina wampirycznego. A że i tego typu kino ma swoich wiernych sympatyków, więc nie powinno być nudno. Postanowiłam też zaimportować tu niektóre posty z mojego starszego bloga. A że jest ich naprawdę niewiele, tłoku nie uczynią.

Jak mniemam, blog zyskał w ten sposób rangę filmowo-książkowo-mangowego, ale i dla innych rzeczy miejsce też się pewnie znajdzie. Z kręgu moich zainteresowań kulturowych, rzecz jasna. 

wtorek, 13 maja 2014

Golem: ilustracje

21 maja tego roku na polskim rynku księgarskim ma się ukazać Golem z wydawnictwa Vesper. Ta najsłynniejsza powieść Gustava Meyrinka była w naszym kraju wydawana już kilkukrotnie, ostatnio przez Zieloną Sowę i Thesaurus w 2004 roku. Vesper zdobył się tym razem na pewien wysiłek i wypuszcza wersję ilustrowaną pracami Hugo Steinera-Praga, autora oryginalnych ilustracji do pierwszego wydania Golema z roku 1915. Śmiało można uznać, iż będzie to u nas wydanie jubileuszowe, w końcu mija już 100 lat od chwili ukazania się tej wybitnej powieści Szatana z Pragi. 100 lat... a przecież wciąż cieszy się w pewnych kręgach niesłabnącą popularnością. 

Nie będę tu pisać o samej fabule Golema, jest to bowiem proza zbyt tajemnicza, by uszczknąć z niej choć niewiele bez uszczerbku dla owej tajemniczości, która jest stałym elementem klimatu książki. Klimatu, dodam, bardzo specyficznego. Bez niego Golem nie byłby tym, czym jest. Co ciekawe, czasem wyczuwam podobną atmosferę na ulicach galicyjskiego miasta, w którym mieszkam - w ciemnych, wilgotnych klatkach schodowych starych, chylących się kamienic, w zaułkach dawnej dzielnicy żydowskiej, w rodzinach, osiadłych tu w XIX wieku, żyjących przeszłością, nawet w katedrze, górującej nad miastem. Stąd pewnie mój pociąg do prozy Meyrinka, którą, przyznaję, nie zawsze rozumiem (daleko mi do meandrów kabały), a w której zawsze się odnajduję. W Pradze z Golema czuję się jak w domu - znam opisane ulice, budynki i ludzi, ich fizjonomie i charaktery - a przynajmniej, czytając, takie mam o nich znajome wyobrażenie. Golema zawsze wiążę w myślach z Kafką, czeską Pragą i kabałą, z zapachem staroci i kurzu, i z ostrym światłem słonecznym, jakie bywa tylko zimą. To bardziej odczucia niż ciąg fabularny powieści.

Zresztą zarys fabuły można znaleźć w każdym portalu książkowym. Sama historia jego powstania jest dość ciekawa, a mniej znana.

Z posłowia Macieja Płazy:
Pracę nad utworem, który miał przynieść mu nieśmiertelność, Meyrink rozpoczął w 1906, może 1907 roku. Zachowana korespondencja z Alfredem Kubinem pozwala sądzić, że miało to być ich wspólne dzieło literacko-plastyczne: Meyrink wysyłał kolejne rozdziały Kubinowi, ten zaś przygotowywał do nich rysunki. Współpraca została zerwana wskutek opieszałości Meyrinka. Kubin nie mógł się doczekać kolejnych fragmentów i wykorzystał gotowe już ilustracje we własnej powieści Po tamtej stronie (1908). Meyrink jeszcze długo biedził się nad powieścią, zwodził wydawców, ostrzących sobie zęby na powieściowy debiut znanego autora. W 1911 roku ogłosił fragment w czasopiśmie „Pan”, podpisał nawet umowę z lipską oficyną Kurta Wolffa, na gotowy rękopis kazał mu jednak czekać jeszcze kilka lat. Przyczyna tych trudności była prozaiczna: świetny nowelista nie radził sobie z konstrukcją powieści. Miał mnóstwo materiału, wiele pomysłów, mnożył postacie i wątki. Koniec końców, jak głosi legenda, w opanowaniu rozrastającego się chaotycznie dzieła pomógł mu ktoś z przyjaciół: wspólnie rozrysowali konstrukcję utworu, rozpisali wątki, zdecydowali, co trzeba pominąć – i wyrzucili połowę tekstu do kosza. […] Ostateczny efekt siedmioletnich wysiłków publikował w odcinkach w latach 1913-1914 niemiecki miesięcznik „Die Weißen Blätter”, cenione forum literackiego ekspresjonizmu, w 1915 roku ukazała się zaś luksusowa wersja książkowa. Powieść od razu stała się wielkim bestsellerem, w krótkim czasie sprzedało się 200, może 250 tysięcy egzemplarzy. […] Golem pozostał najsłynniejszą, najczęściej wznawianą powieścią Meyrinka. Ostatecznie nie ukazał się z rysunkami Kubina, zilustrował go jednak artysta równie znakomity i ceniony: Hugo Steiner-Prag, znajomy Meyrinka z kręgów ezoterycznych.
[źródło: Wydawnictwo Vesper]

Ilustracje Hugo Steinera-Praga do Golema z 1915 roku:




Dzięki tym właśnie ilustracjom wydanie z Vesper będzie na naszym rynku wyjątkowym. Szkoda tylko, że jako kolejne ma okładkę miękką. Jest to jedyny błąd wydawnictwa. Twarda oprawa odbiłaby się na cenie, ale, bądźmy szczerzy, Golem Meyrinka jak najbardziej na nią zasługuje. Klasyk ten powinien być lepiej uhonorowany w setną rocznicę swego powstania i stanowić prawdziwe wydanie kolekcjonerskie. Mnie akurat powielenie samych ilustracji nie zadowala (ale ja jestem wybredna).

STRONA TYTUŁOWA PIERWSZEGO WYDANIA, 1915

OKŁADKA Z WYDANIA VESPER, 2014

Hugo Steiner-Prag nie jest jedynym autorem ilustracji Golema Meyrinka. Na uwagę zasługuje szczególnie inny artysta, Vladimir Zimakov, który zilustrował również inną słynną powieść Meyrinka, Noc Walpurgi
To jest dopiero piękne wydanie: 


Niestety, nasze rodzime wyglądają przy nim jak ubodzy kuzyni, których w światowym towarzystwie ze wstydem upycha się w innym pokoju.

Vladimir Zimakov ilustruje nie tylko Meyrinka, ale również dzieła takich twórców jak Mikołaj Gogol, Fiodor Dostojewski, Herman Melville, Franz Kafka, Hans Christian Andersen, H. P. Lovecraft oraz wielu innych.
Prace jego autorstwa, które znalazły się w Golemie:



   

Moją ulubioną jak dotąd "wersją" Golema jest ta z roku 1992, wydana przez Signum. Lubię ją przede wszystkim za świetną szatę graficzną autorstwa Dmitrija Szewionkowa-Kismiełowa. Jego ilustracje są tytułami rozdziałów - formą i stylem bardzo w moim guście, na tyle, że kiedyś inspirowałam się nimi w swych własnych pracach. 
Kupiłam ją chyba w 1994 i wtedy też przeczytałam po raz pierwszy. Byłam wtedy na tę książkę zdecydowanie za młoda, ale odcisnęła na mnie swe piętno, o tak. To jeden z tych tytułów, które mnie ukształtowały. Mając te 12-18 lat brałam do ręki co popadło, absorbując tekst jak gąbka i sięgając po więcej. Nie sugerowałam się wtedy czyimiś opiniami, nie było internetu, aby sprawdzić "co" i "kto", mało z kim mogłam rozmawiać o literaturze. Czytałam w ciemno, nie tak jak teraz. Do kupna skłoniła mnie chyba grafika na okładce. 
Egzemplarz, który nadal posiadam, jest już trochę sfatygowany, ale kochany:






Jeden z moich ulubionych fragmentów powieści: 

Koło mnie stał student Charousek, podnosząc kołnierz swego bardzo cieniutkiego surduta i słyszałem, jak mu z zimna zęby szczękały.
Chłopiec ten może umrzeć — mówiłem sobie w tym pełnym przeciągów, lodowatym łuku bramy i poprosiłem go, aby wraz ze mną zaszedł do mego mieszkania. Lecz on mi odmówił.
— Dziękuję wam, mistrzu Pernat — mruknął chłodno — nie mam tyle wolnego czasu, muszę śpieszyć do miasta. Gdybyśmy wyszli teraz na ulicę, to po kilku krokach zmoklibyśmy do suchej nitki. Deszcz nie ustaje.
Strumienie wody spływały z dachów jak potoki łez. Podniósłszy nieco głowę, mogłem tam na górze, na czwartym piętrze widzieć swoje okno, deszczem schlapane, a wyglądające, jak gdyby jeszcze szyby rozmiękły i stały się nieprzezroczyste i pogarbione niby żelatyna. Żółtawy, brudny strumień spływał ulicą i brama zapełniła się przechodniami, którzy chcieli przeczekać, póki niepogoda nie minie.
— Tam płynie bukiet ślubny — powiedział nagle Charousek i wskazał na bukiet zwiędłych kwiatów, który się przybliżał, pędzony brudną falą. Na to ktoś roześmiał się głośno. Odwróciwszy się, zobaczyłem, że był to stary, wytwornie ubrany pan o siwych włosach i nabrzmiałej, rozpuchłej twarzy. Charousek także spojrzał w tył i mruknął coś do siebie.
Starzec miał w sobie coś nieprzyjemnego; odwróciłem uwagę od niego i przyglądałem się odrapanym domom, które w moich oczach przykucnęły na deszczu jak stare leniwe zwierzęta.
Jak one wyglądały przykro i staro! Budowane bez zastanowienia, stały jak zielsko, co wydobywa się z ziemi. Dobudowano je, bez względu na otoczenie, do niskich żółtych murów kamiennych, jedynych resztek dawniejszego szeroko rozpostartego budynku sprzed dwóch — trzech stuleci. Tam połowa pochylonego domu z zapadającym się frontem. Inny obok, wyższy ponad inne, jak ogromny kieł. Pod pochmurnym niebem wyglądały one jak pogrążone we śnie i nie odgadłbyś chytrego, pełnego nienawiści życia, które czasami z nich wytryskało, gdy mgła jesiennych wieczorów zalega ulice i pomaga im ukryć swą cichą, ledwo dostrzegalną grę twarzy.
Od czasu, gdy tu mieszkam, utrwaliło się we mnie to wrażenie i nie mogłem się go pozbyć. Są pewne godziny w nocy i o rannym brzasku, gdy domy te w jakimś podnieceniu prowadzą milczące, tajemnicze narady. I niekiedy zrywa się słabe drżenie poprzez ścianę, którego niepodobna wytłumaczyć, szmery płyną poprzez dachy i spadają w rynny deszczowe — my zaś je przejmujemy niebacznie tępymi zmysłami, nie śledząc ich przyczyny.
Często roiło mi się, żem podpatrzył upiorne zachowanie się kamienic i dowiedziałem się z pełnym zgrozy podziwem, że one właśnie są utajonymi i istotnymi panami ulicy, że już to tracą żywot i czucie, już to do życia powracają, a w ciągu dnia mieszkańcom, co się tu gnieżdżą, udzielają go w pożyczce, następnej zaś nocy z lichwiarskim procentem domagają się go powrotnie.
Wyobrażam sobie dziwnych ludzi, którzy mieszkają w tych domach niby widma, niby nie z matki urodzone — ludzi, którzy w myśleniu i działaniu zdają się być spojeni bez doboru, przeciągają przede mną w myśli i jestem skłonniejszy wierzyć, że takie sny tają w sobie ciemne prawdy, które na jawie tlą się we mnie jak wrażenia z kolorowych baśni.
Potem skrycie budzi się we mnie znów podanie o widmowym Golemie, owym sztucznym człowieku, którego niegdyś tutaj w mrokach getta pewien rabin, znawca Kabały, utworzył z elementów i przywoływał do automatycznego, bezdusznego bytu, wsuwając mu za zęby kartkę z magicznym słowem liczebnym.
I jak ów Golem drętwiał natychmiast w posąg gliniany w chwili, gdy tajemniczą sylabę jego życia cofał mu z ust zaklinacz, tak niewątpliwie — sądzę — tracą swój byt duchowy wszyscy ci ludzie, skoro zagasi się w ich mózgu — u jednego jakieś nikłe wyobrażenie, podrzędną dążność, może zbyteczne przyzwyczajenie, u innego nawet tylko głuche oczekiwanie jakiejś rzeczy całkowicie niezrozumiałej i całkowicie pozbawionej treści.
Przy tym, co za nieustanne straszliwe zasadzki i podstępy w tych istotach!
Nigdy nie widzi się tych ludzi przy pracy, jednak budzą się o pierwszym brzasku dnia i czekają z zapartym oddechem jak na ofiarę na coś, co nigdy nie nadchodzi. Jeżeli istotnie kiedyś powstaje pozór, jakby ktoś wchodził w ich obręb, ktoś bezsilny, co to mogliby go opanować, wówczas spada na nich nagle paraliżujący strach, odpędza ich z powrotem do nor, tak iż drżąc, odstępują od zamiaru. Nikt nie wydaje się dość słaby, by im odwagi starczyło dla opanowania jego niemocy.
— Zwyrodniałe, bezzębne, dzikie zwierzęta, którym odebrano siłę i oręż — powiedział Charousek powolnie i spojrzał na mnie.
Jakim sposobem mógł wiedzieć, o czym myślałem? Czasami tak mocno urabiamy swoje myśli, że mogą one jak latające iskry przeskoczyć w mózg stojącego w pobliżu.
— Z czego oni mogą żyć? — spytałem po chwili.
— Żyć? Z czego? Niejeden z nich jest milionerem.
Spojrzałem na Charouska. Co myślał, mówiąc te słowa? Ale student umilkł i spojrzał na obłoki. Na chwilę ustał szmer głosów w bramie i słychać było tylko syczenie deszczu.